Ursus dostał cios w samo serce. Stracił ogromne zamówienie, inwestorzy panikują

Czarne chmury zbierały się nad Ursusem od dawna, a wieść o wykluczeniu Ursus Busa z przetargu na dostarczenie ponad 1000 elektrycznych autobusów, jest tylko smutną puentą. Przykrą dla nas wszystkich, bo kontrakt miał przenieść polskie miasta na wyższy poziom elektromobilności.

Feralny komunikat spółka opublikowała w poniedziałek wieczorem. Po otwarciu notowań giełdowych następnego dnia inwestorom wystarczyło 5 minut, by kurs akcji zjechał o 8 groszy. W dalszej części dnia wartości udziałów nieco wzrosła, ale około południa Ursus i tak był 14,5 proc. pod kreską.

Tak właśnie wygląda krajobraz po ogłoszeniu przez NCBR, że konsorcjum Ursusa i Ursus Busa zostało wykluczone z przetargu.

Na początku tego roku obie spółki zgarnęły zamówienie na zaprojektowanie, stworzenie i dostarczenie 1082 elektrycznych autobusów. Wartość kontraktu wynosiła 3,1 mld zł brutto.

Powodem ww. stanowiska zamawiającego jest niedostarczenie przez konsorcjum Ursus Bus wszystkich wymaganych oświadczeń i dokumentów, potwierdzających brak podstaw wykluczenia – informuje spółka.

Ursus rozważa odwołanie się od tej decyzji. Producent po wygraniu przetargu miał czas na złożenie wymaganej dokumentacji do 13 maja. Następny – do 3 czerwca. Po tym terminie NBCR uznało, że dokumentacja wciąż jest niekompletna i wyznaczyło kolejną datę – 7 czerwca.

Jak widać to przeciąganie okazało się niepotrzebne.

Ursus traci szansę na podpisanie kontraktu, a my – na szybką modernizację taboru w polskich miastach.

Elektryczne autobusy już wprawdzie po nich jeżdżą, NCBR zarzekało się jednak, że czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. Pojazdy mają dawać możliwość jazdy autonomicznej co najmniej na poziomie 3. To znaczy, że będą potrafiły wjechać do zatoki i poruszać się po terenie zajezdni bez udziału kierowcy.

Teraz na takie bajery będziemy musieli poczekać. Zgodnie z harmonogramem zwycięzca przetargu powinien wypuścić elektryki na rynek do 2023 r. Tak się jednak nieszczęśliwie składa, że Ursus był najpoważnym podmiotem, który wziął udział w postępowaniu.

Kojarzona z ciągnikami firma od pewnego czasu rozwijała się w segmencie elektromobliności. W Ursus Busa zainwestowała prawdopodobnie dziesiątki milionów złotych. Spółka zaczęła się rozwijać, wygrywać przetargi w Polsce i za granicą. Miała know-how, dzięki któremu zaprojektowanie i wypuszczenie całkowicie nowej maszyny w 4 lata wydawało się realne.

Teraz, abstrahując już od opóźnień, sytuacja nie wygląda już tak wesoło. W przetargu uczestniczyło 7 podmiotów – 4 zrezygnowały po złożeniu wstępnych ofert. Na placu boju, poza Ursusem, została Politechnika Śląska, która autobusów nie produkuje i Autosan.  

I to właśnie w Autosanie trzeba będzie upatrywać jakiejkolwiek nadziei. Co prawda spółka z Sanoka pierwszego elektryka wypuściła na ulice dopiero w połowie ubiegłego roku, w jej wypadku można już jednak mówić o jakimś skromnym doświadczeniu.  

Na razie nie wiemy jednak, czy w ogóle dojdzie do powtórzenia przetargu.

To nie miałoby sensu. Zaczynanie wszystkiego od zera to strata czasu. Najlepiej to podzielić pomiędzy samorządy. Przekierować te pieniądze, o ile to możliwe, na granty i dopłaty – przekonuje w rozmowie z Transportem Publicznym Adrian Furgalski, wiceprezes ZDG TOR.

Porażka Ursusa

Sam Ursus pogrąża się za to coraz bardziej. Producent ma 150 mln zł długu. Próba sprzedaży Ursus Busa zakończyła się niepowodzeniem. Opowieści przedstawicieli firmy o tym, że nowy inwestor znajdzie się do końca czerwca należy raczej włożyć między bajki z mchu i paproci.

Spółka tnie zatrudnienie i chce zostawić tylko jeden z trzech zakładów produkcyjnych, ale w ślad za zmniejszaniem kosztów traci też przychody. Prezes Tomasz Zadroga opowiadał niedawno, że ten rok będzie dla istnienia spółki kluczowy.

Jeżeli to prawda, to przyszłość Ursusa stoi pod znakiem zapytania. W ciągu kilku miesięcy firma straciła granty na elektrycznego dostawczaka i kupca na Ursus Busa wycenianego na 34 mln zł. Ale dopiero utrata zamówienia na elektryczne autobusy może okazać się ciosem w samo serce. Po którym nie każdy jest w stanie się podnieść.