Nikt już nie wierzy w umowę społeczną z górnikami. Nawet posłowie PiS

Już nie tylko niezależni eksperci i związkowcy nie zostawiają suchej nitki na projekcie umowy społecznej, która ma być uzgadniana w Śląskim Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach. Pojawia się też krytyka z samego PiS.

„Z wielkiej chmury, mały deszcz”, „Zręby umowy społecznej i zapisy na bardzo dużym poziomie ogólności” albo „To jest zrobione jedynie hasłowo i nie ma żadnych konkretów” – tak wypowiadali się szefowie największych central związkowych na Śląsku na temat projektu umowy społecznej, którą rząd będzie jutro wpychał górnikom do podpisania. Trudno dziwić się takiej ocenie. Umowa społeczna to w sumie trzy kartki papieru, wśród których nie wpisano nawet terminów likwidacji kopalń. A przecież pod koniec grudnia rząd już umówił się z górnikami, że cały proces zwijania polskiego górnictwa zamknie się do 2049 r. 

Umowa społeczna z górnikami, czyli liczy się spokój

Krytykowana jest nie tylko objętość projektu umowy społecznej, ale także zwartość. Brak dat zamykania kolejnych zakładów wydobywczych bije po oczach. Podobnie jest z brakiem zgodności ze strategią zwartą w „Polityce energetycznej Polski do 2040 roku”, która zakłada, że węgiel zniknie z ciepłownictwa już w 2030, a dla wsi w 2040 r. Tymczasem projekt umowy społecznej zakłada, że wcale tak nie musi się stać, jeśli nie będzie to kolidować z wojewódzkimi przepisami antysmogowymi. Ale aby uspokoić górników dostrzegających te nieścisłości, ustalono, że to umowa społeczna będzie determinować politykę energetyczną kraju, a nie odwrotnie. 

Bizblog.pl poleca

Wygląda na to, że ekipa Mateusza Morawieckiego wciąż czeka na jakieś ustalenia, dlatego górnikom przedstawia ogólny zarys, a nie szczegółowy plan. Możliwe, że rację ma Karolina Baca-Pogorzelska, której rozmówcy przekonują, że „projekt umowy specjalnie jest na miękko”. Rząd boi się protestu górników i dlatego zaproponował dokument, którego w zasadzie nie da się podważyć. W międzyczasie zaś Główny Instytut Górnictwa i katowicki oddział Agencji Rozwoju Przemysłu sprawdzają, czy da się utrzymać zaproponowane daty zamykania kopalni, czy trzeba będzie zaproponować nowe terminy. 

Związkowcy mają pokazać swój plan

Związkowcy zdają sobie sprawę, że rząd gra na czas. Trudno im sobie wyobrazić zmianę dat ustalonych pod koniec września. 

Jeżeli mogę sobie wyobrazić jakieś zmiany, to jedynie podwyższenie tych dat w górę, ale na pewno nie przesunięcie w dół

– uważa Wacław Czerkawski, przewodniczący Rady OPZZ województwa śląskiego. 

Związkowcy żyją nadzieją, że wrześniowy harmonogram nie ulegnie zbytnim modyfikacjom. Zwłaszcza że podczas tamtych rozmów pojawiła się późniejsza data zamykania ostatniej kopalni nie w 2049, a w 2051 r. Przyspieszenie całego procesu z pewnością wywoła protesty społeczne, wyjątkowo nie na rękę obecnie rządowi. Górnicy nie chcą być przedstawiani jako wieczni maruderzy i zamierzają w tym tygodniu pokazać swój projekt umowy.

Brak wiary w porozumienie w PiS

Sporo kontrowersji budzi też zapis, że umowa społeczna nabiera mocy dopiero po akceptacji ze strony Komisji Europejskiej. Bruksela ma zgodzić się m.in. na subsydiowanie węgla, które w pierwszych latach może wynosić nawet 2 mld zł rocznie. Eksperci od samego początku wskazywali, że nie ma na to żadnych szans. Według Aleksandra Śniegockiego, kierownika Programu Energia, Klimat i Środowisko, Komisja Europejska nie ma wyboru i musi odrzucić to rozwiązanie.

Kraje UE powinny odejść od węgla w ciągu dekady, a najpóźniej kilkunastu lat. Data 2049 jest więc całkowicie nieadekwatna

– uważa z kolei Marcin Popkiewicz z serwisu naukaoklimacie.pl. 

Coraz więcej wątpliwości pojawia się też w szeregach PiS. Wyraził je ostatnio poseł ze Śląska Marek Wesoły, którego zawieszenie w w prawach członka partii minęło w listopadzie po tym,s jak prezes Jarosław Kaczyński postanowił ukarać niepokornych posłów głosujących przeciwko nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt. Teraz wychodzi na to, że poseł w prezentowany projekt umowy społecznej po prostu nie wierzy. 

Przecież teraz wstępne porozumienie ze stroną społeczną będzie bardzo trudne do wypełnienia. A czas nieubłaganie tyka

– przekonuje Marek Wesoły na Twitterze.

Poseł wie, gdzie leży problem. Wszystko przez ustalenie nowego celu klimatycznego. Parlament Europejski ustalił, że do 2030 r. UE powinna zredukować emisję CO2 względem tej z 1990 r. nie o 40 a o 55 proc. Zdaniem Marka Wesołego europejski system handlu uprawnieniami ETS jest „niekorzystny i szkodliwy dla racjonalnej i odpowiedzialnej transformacji energetycznej”.

Niestety, ETS i 55 proc. ograniczenia emisji do 2030 może się okazać istnym „tsunami” dla Śląska

– przewiduje poseł.