Trzynaście kopalń przeznaczonych do likwidacji. Jest rządowy plan, ale jeszcze bez dat

Wyciekł projekt umowy społecznej rządu z górnikami. Zamiast wprowadzać jakikolwiek ład i porządek do dyskusji o koniecznej transformacji energetycznej, dokument jeszcze bardziej miesza i każe zadawać nowe pytania. Być może padną one w przyszłym tygodniu, gdy mają odbyć się kolejne rozmowy z górnikami.

Rząd umówił się z górnikami na 13 stycznia. Wtedy mają być omawiane ostatnie szczegóły, żeby w końcu można było spisać spóźnioną już umowę społeczną. Miała być gotowa 15 grudnia, ale potem ustalono, że dokument końcowy powstanie w lutym, tak żeby można było go notyfikować w Komisji Europejskiej już w marcu.

Bizblog.pl poleca

Jeśli ktoś myśli, że tym samym zbliżamy się do końca debaty o kształt transformacji energetycznej nad Wisłą, to może się grubo mylić. Dzięki Darii Klimzy z TOK FM projekt dokumentu ujrzał światło dzienne. Niestety, po jego lekturze pojawia się tylko więcej dodatkowych pytań. 

Krzyżyk na 13 kopalniach. Ale bez dat

Wątpliwości budzi chociażby proponowany harmonogram likwidacji kolejnych kopalni. Przypomnijmy: w podpisanym we wrześniu wstępnym porozumieniu rządu z górnikami ustalono, że kłódka zawiśnie na ostatniej kopalni w 2049 r. Od początku eksperci wskazywali, że w dobie neutralności klimatycznej oraz Nowego Zielonego Ładu dla UE przeciąganie rozwodu z węglem o kolejne blisko trzy dekady nie ma żadnych szans powodzenia. 

To jest umowa rodem z alternatywnej rzeczywistości, gruntownie oderwana od uwarunkowań unijnych i realiów ekonomicznych, i przez to niemożliwa do spełnienia

– przekonywała wtedy m.in. Izabela Zygmunt, ekspertka ds. klimatu w Polskiej Zielonej Sieci.

Późniejsze rozmowy z górnikami miały wszystko sprecyzować. Tymczasem w projekcie umowy społecznej w pkt. 2 mechanizmu finansowania spółek sektora węgla kamiennego zawarto takie sformułowanie: „O skali likwidacji może świadczyć fakt, że ma dotyczyć zamknięcia 13 kopalń węgla energetycznego, zatrudniających aktualnie ok. 56,5 tys. osób i działających na terenie 43 gmin”.

Dalej czytamy, że część zakładów wydobywczych „zostanie wyznaczona do likwidacji w najbliższym czasie”, a „pozostałe kopalnie będą objęte systemem wsparcia, do czasu ich zamknięcia, w związku z zakończeniem w nich wydobycia węgla”. Jednak sam „harmonogram zamykania kopalń zostanie przygotowany przed uruchomieniem systemu wsparcia”. 

Dlatego na razie przy wyznaczonych do likwidacji w pierwszej kolejności kopalniach nie ma żadnej daty w projekcie umowy społecznej. Dotyczy to kopalni Sobieski, Janina i Brzeszcze (Tauron Wydobycie), Bolesław Śmiały, Sośnica, Piast-Ziemowit, Ruda, ROW, Mysłowice-Wesoła, Wujek, Murcki-Staszic-Wujek (PGG), Bogdanka (Lubelski Węgiel Bogdanka) oraz Bobrek-Piekary (Węglokoks Kraj). 

Umowa społeczna wbrew wcześniejszym ustaleniom rządu?

Nie tylko brak konkretnych dat likwidacji przy poszczególnych kopalniach wzbudza wątpliwości. Chodzi także m.in. o zgodność projektu tej umowy społecznej z najnowszą strategią zwartą w „Polityce energetycznej Polski do 2040 roku”. Tam przecież założono, że w przypadku pesymistycznego scenariusza (a po stanowisku Parlamentu Europejskiego w sprawie redukcji emisji na poziomie 55 proc. o takim można powoli mówić) w 2030 r. udział węgla w polskim miksie energetycznym ma spaść o ponad połowę do 37 proc. A dziesięć lat później, w 2040 r. ma to być ledwie 11 proc. 

Co więcej, zakłada się też wycofanie węgla z ciepłownictwa indywidualnego w miastach już w 2030 r. i na wsiach 10 lat później. Tak przynajmniej ustalił resort klimatu i środowiska. Bo w projekcie porozumienia z górnikami jest już nieco inaczej. Owszem w dokumencie czytamy, że trzeba będzie odejść od spalania węgla w miastach do 2030 r. a na wsiach do 2040 r., ale „niemniej do 2040 r. – również w miastach – utrzymana zostanie możliwość wykorzystania paliwa bezdymnego, o ile nie jest to sprzeczne z tzw. uchwałami antysmugowymi”. Czyli jednymi drzwiami kategorycznie wyrzucamy węgiel, a drugie otwieramy na oścież i puszczamy do czarnego złota oczko. 

ETS nie będzie się patrzył na brak dymu

Zawarte w projekcie umowy społecznej zapisy dla wielu są też niejasne w kontekście unijnej giełdy uprawnień do emisji CO2 – ETS. Nie jest wszak tajemnicą, że ów system będzie dla Brukseli podstawowym instrumentem do zmuszania poszczególnych gospodarek krajowych do jak najszybszego żegnania się z węglem. W tym też kierunku idzie nowy cel klimatyczny UE zakładający edukację emisji CO2 na poziomie – nie jak to było pierwotnie 40 – a 55 proc. 

Od dłuższego zaś czasu związkowcy górniczy ostrzegają, że to będzie oznaczać konieczność zamknięcia co piątej elektrowni i kopalni w Polsce. Dlatego zapis w projekcie umowy społecznej o włączeniu opartego na węglu bezdymnego paliwa do ciepłownictwa indywidualnego wzbudza takie kontrowersje. Owszem, obecnie ETS nie obejmuje swoim zasięgiem ogrzewania indywidualnego. Raczej tego nie można wykluczyć. Patrząc na dokonania w tym zakresie Brukseli w ostatnim czasie – to chyba nieuniknione i lepiej się na to przygotowywać. Tymczasem autorzy projektu umowy społecznej między rządem a górnikami najwyraźniej w ogóle sobie tym głowy nie zaprzątali. Będą martwić się tym za 10 lat, a nie teraz.