Uber czeka na wyrok. Decyzja sądu może sprawić, że ceny za przejazdy pójdą w górę o 120 proc.

Uber przez lata tłumaczył, że jest tylko zwykłą aplikacją łączącą kierowców i pasażerów, której odpowiedzialność ogranicza się do poprawnego działania oprogramowania. Model biznesowy amerykańskiego startupu jest jednak coraz częściej podważany. Teraz przedstawiciele serwisu czekają na miękkich nogach na decyzję Sądu Najwyższego w Wielkiej Brytanii. Porażka może sprawić, że Uber będzie kosztował tyle, co taksówka.

Startup ostatnio tłumaczył się przed brytyjskim Sądem Najwyższym, dlaczego nie zatrudnia jeżdżących pod swoim logo kierowców. Uber przegrał już w tej sprawie dwie apelacje. Sprawa ciągnie się od 2018 r., gdy sąd uznał, że Uber de facto zatrudnia swoich kierowców. Oznaczałoby to, że firma z Doliny Krzemowej powinna dać 65 tys. Brytyjczyków umowy o pracę, zapewnić płacę minimalną. płatne urlopy i zasiłki chorobowe.

Uber – ostateczna rozgrywka

Yaseen Aslam i James Farrer, autorzy pozwu i przywódcy nieformalnego związku zawodowego w Uberze, tłumaczą, że platforma ma nad kierowcami dużą kontrolę. Aplikacja ustala im trasy, decyduje o tym, do kogo w pierwszej kolejności trafią zlecenia, ocenia ich i reguluje czas pracy.

Kancelaria Leigh Day, która reprezentowała Aslama i Farrera policzyła, że w przypadku zwycięstwa każdy kierowca może liczyć średnio na 11 tys. funtów odszkodowania.

To nasza ostateczna rozgrywka z Uberem

– dowodzą mężczyźni.

Bizblog.pl poleca

Kurs o 120 proc. droższy

Ale nie to dla Ubera jest najgorsze. Trzecia porażka poza utratą dziesiątek milionów funtów, ośmieszyłaby jednocześnie cały model biznesowy platformy. Dla bazującego na niskich cenach startupu nowa polityka kadrowa byłaby zabójcza. Podobną batalię z ustawodawcą spółka prowadzi w tej chwili w Kalifornii. Amerykański serwis Cnet, powołując się na wewnętrzne analizy Ubera, podał, że zatrudnienie kierowców sprawi, iż ceny za przejazdy wzrosną nawet o 120 proc.

Spółka nie ma zamiaru iść jednak na takie rozwiązanie. Póki co testuje nowy model współpracy, dzięki któremu kierowcy będą mogli sami decydować o wysokości kilometrówek. Chce w ten sposób przekonać władze stanowe, że traktowanie ich jako samodzielnych przedsiębiorców jest całkowicie uzasadnione.

Co stanie się w przypadku fiaska tych prawnych wygibasów? Przedstawiciele Ubera nie zostawiają złudzeń – na bruk pójdzie 76 proc. spośród ponad 200 tys. kierowców.

Trudny rok Ubera

Walka z modelem biznesowym firmy trwa także w najlepsze w innych krajach. W Kanadzie sąd dał niedawno zielone światło do wytoczenia Uberowi pozwu zbiorowego, w którym kierowcy mogliby domagać się uznania ich za pracowników. Firma jest ciągana po sądach w Amsterdamie przez osoby, którą chcą odtajnienia zasad funkcjonowania algorytmu i we Włoszech, gdzie miała wykorzystywać imigrantów pochodzących ze stref wojennych.

Spółka toczy również boje o zachowanie dotychczasowej formy działalności w Niemczech, gdzie właśnie powstaje nowa, skrajnie niekorzystna dla Ubera ustawa transportowa (która ma m.in. nakazać kierowcom powrót do bazy po wykonaniu każdego kursu). Wcześniej Amerykanie zostali zbanowani na Węgrzech i w Danii.

W Polsce zmiany na rynku taksówkarskim zostały zatrzymane przez wybuch epidemii. Na jesieni ustawa nakazująca kierowcom posiadanie uproszczonej licencji wchodzi jednak w życie, a platforma zdecyduje się prawdopodobnie wyrzuć ze swojego grona osoby, które nie zdecydowały się na zrobienie egzaminu. Doliczając do tego rzesze obcokrajowców, które zdecydowały się porzucić zarabianie na przejazdach i wyjechać z Polski kalkulacje są proste – wystarczy, że popyt na przejazdy wróci do czasów sprzed Covid-19, a mnożniki wystrzelą w kosmos.

To może być dla Ubera przełomowy rok. Starcie z wymiarem sprawiedliwości na jego najważniejszych rynkach da nam odpowiedź, czy ekonomię współdzielenia da się zamienić w regularny biznes i wciąż udawać, że nie ma się z nim nic wspólnego.