Padł mit taniego Ubera. Tak długo szukałem najtańszego przejazdu, że w końcu wybrałem taksówkę

Uber jako synonim niskich cen? Dobre sobie. Szukając szybkiego i taniego połączenia ze swojego domu na lotnisko przewertowałem oferty różnych przewoźników. I jedno wiem na pewno – chcąc zaoszczędzić, wsiadłbym w zwykłą, tradycyjną taksówkę.

Na ten moment zbierało się od dłuższego czasu. Uber i Bolt od dawna przestały być aplikacjami, w których znalezienie taniego kursu było czymś naturalnym. Październik przynosi nam jednak całkowite odwrócenie sytuacji.

Wraz z początkiem miesiąca spółki takie jak Bolt, Uber czy Free Now zaczynają ponosić odpowiedzialność za kierowców jeżdżących bez licencji. Kary idą w dziesiątki tysięcy złotych. Dlatego też każda z tych platform zadeklarowała, że osób bez licencji i koguta na dachu już u nich nie zobaczymy.

Praktyka pokazuje co innego, samochody Bolta i Ubera wciąż jeżdżą bez odpowiednich oznaczeń, a ich kierowcy chwalą się na forach, że brak licencji nie przeszkadza im w realizowaniu kursów.

Część kierowców została jednak wycięta przez aplikacje już wcześniej. Efekt? Choć klienci wracają, kierowców jest coraz mniej. Szacowaliśmy niedawno w Bizblog.pl, że tylko z warszawskich ulic mogło zniknąć około 70 proc. kierowców, którzy jeździli bez licencji. A to z pewnością zaboli nasze kieszenie.

Bizblog.pl poleca

Lex Uber podbija mnożniki

Mniej samochodów z napisami Bolt i Uber na naszych ulicach oznacza, że kierowcy korzystający z tych apek mogą liczyć na częstsze mnożniki. Efekt widać już było pierwszego dnia obowiązywania lex Uber w pełnej wersji.

By wam to pokazać na przykładzie, przeprowadziłem mały eksperyment. Ze swojego mieszkania na lotnisko mam niemal równo 10 km (nie w linii prostej oczywiście, po drogach). W „starych, dobrych czasach”, gdy Uber i Bolt prześcigały się w promocjach, byłbym tam w stanie dojechać za niecałe 20 zł. Po ograniczeniu zniżek ceny skoczyły do 25-30 zł za przejazd.

To wciąż nieźle, ale teraz o takich kwotach mogę tylko pomarzyć. Na początek odpalam Ubera – kwota niecałe 35 zł. Po warunkiem, że nie poniesie nasz fantazja i nie zdecydujemy się na wersję Comfort lub Black rzecz jasna.

Następnie włączam Bolta, kolejnego kandydata do taniego przejazdu. Dramat. Za krótką trasę przyjdzie mi zapłacić ponad 41 zł. Policzmy teraz na spokojnie. Korporacje taksówkowe uchodzące za dość drogie biorą 3 zł za kilometr i 8 zł za trzaśnięcie drzwiami. To oznacza, że Bolt… właśnie taką został, bo przejechanie 10 km taxi-premium powinno mnie kosztować właśnie około 40 zł.

Nie lepiej sytuacja wygląda w przypadku Free Now. Za teoretycznie tańszą usługę Lite, która swego czasu miała rywalizować o klientów Ubera, przyszłoby mi zapłacić 45,45 zł. Czyli prawdopodobnie zbliżoną (a chyba nieco większą) sumę, niż pokazałaby mi wersja z taksometrem:

Uber czy taksówka?

Na co zdecydowałbym się, gdybym rzeczywiście musiał stawić się dzisiaj w hali odlotów warszawskiego Okęcia? Nie chcę w tym momencie robić reklamy konkretnym korporacjom. Faktem jest jednak to, że ceny części z nich nie odstają od Bolta czy Ubera. Ba, w niektórych udawało mi się znaleźć przejazdy na zdecydowanie bardziej atrakcyjnych warunkach – nawet w granicach 30 zł (1.9-2 zł za kilometr). Choć niewątpliwym minusem jest to, że czasami wiąże się to z wykonaniem telefonu, co dla przywykłych do aplikacji użytkowników będzie na pewno mocno niekomfortowe.

Tak pada mit taniego Ubera. Pytanie tylko, czy klienci widząc wzrost cen zdecydują się rozejrzeć po rynku, czy z przyzwyczajenia zostaną przy dotychczasowych rozwiązaniach. To drugie nie musi oczywiście oznaczać, że będą oni automatycznie przepłacać za kursy. Ale, w przeciwieństwie do ostatnich lat, przestaje też znaczyć, że cokolwiek zaoszczędzą.