Spór o kopalnię Turów może jeszcze przybrać na sile. Fatalna atmosfera przed rozmowami

Miało być nowe otwarcie, a chyba wyjdzie figa z makiem. Rozmowy z czeskim Ministerstwem Środowiska w sprawie kopalni Turów nie startują w najlepszej atmosferze, bo Komisja Europejska zaczęła domagać się zasądzonych przez TSUE kar.

Anna Moskwa, minister klimatu i środowiska, bardzo chce jak najszybciej dogadać się z Czechami w sprawie dalszego lasu kopalni Turów. Wierzy, że czeski resort środowiska pod nowymi sterami nie będzie tak stanowczo stał przy swoim, jak poprzednia ekipa, którą pożegnały październikowe wybory parlamentarne. 

Liczę, że w czasie kolejnego spotkania będziemy w stanie dojść do porozumienia – przekonuje minister Moskwa i dodaje, że poprzednia ekipa naszych południowych sąsiadów za bardzo nie garnęła się do podpisywania porozumienia z Polakami, ale teraz ma być inaczej. 

Z podobną wiarą Anna Moskwa zaczęła swoje rządy pod koniec października ubiegłego roku w Ministerstwie Klimatu i Środowiska. Przekonywała wtedy, że bardzo prawdopodobne, że Warszawa dogada się z Pragą jeszcze przed 9 listopada, kiedy zaplanowano rozpoczęcie rozprawy (na wniosek Czechów) przed TSUE. Okazało się, że nic z tego. Nasi południowi sąsiedzi nie chcieli umowy raptem na 2-3 lata, tylko na co najmniej 15 i do żadnej ugody nie doszło. A TSUE zaczął sprawę w terminie procedować. I teraz może być bardzo podobnie: minister Moskwa zapowiada rychłe porozumienia z Czechami, z którego znowu może nic nie wyjść.

Turów: zasądzona kara psuje atmosferę

Wszystko dlatego, że klimat rozpoczynających się 18 stycznia negocjacji nie będzie za dobry. To wina m.in. Komisji Europejskiej, której znudziło się czekać w nieskończoność, aż Polska sama od siebie zacznie płacić karę zasądzoną przez TSUE (500 tys. euro za każdy dzień). Przypomnijmy, że jej naliczanie zaczyna się od 20 września i w sumie nazbierało się już tego ponad 50 mln euro, czyli więcej ile Polska miała pierwotnie zapłacić Czechom za szkody środowiskowe, jakie miała wywołać kopalnia Turów. 

Bizblog.pl poleca

Z Brukseli do Warszawy nadeszły dwa wezwania do zapłaty. Pierwsze dotyczy okresu od 20 września do 19 października. Wystawione je 10 listopada z 45-dniowym terminem zapłaty. Ale Polska w żaden sposób nie zareagowała, więc KE zdecydowała się na tzw. list przypominający z ostatecznym terminem 15 dni. Drugi list do polskiego rządu wysłano 3 stycznia, okres naliczania okresy 15-dniowego zaczyna się od potwierdzenia polskich władz jego otrzymania. I wszystko wskazuje na to, że tym, razem Polsce nie uda się nie płacić kary za Turów. 

Jeśli władze polskie nie dokonają płatności, KE ma solidne procedury, żeby odzyskać kary

– przestrzega Balazs Ujvari, rzecznik KE.

Skoro KE chce pieniędzy – Polska zmniejsza rachunek

Jak się okazało, że od kary za Turów jednak nie uciekniemy, to Polski rząd nagle zmienił taktykę. I zamiast argumentów za rychłym dogadaniem się z Czechami ni stąd, ni zowąd zaczęły padać te o pozwaniu naszych południowych sąsiadów przed sąd arbitrażowy. Powodem ma być złamanie przez Pragę zapisów Karty energetycznej z 1994 r. mówiących o zakazie dyskryminacji inwestycji. Czesi zwracają uwagę, że te przepisy pozwalają dochodzić o swoje firmom, a nie państwom. To przedsiębiorstwa na podstawie tych regulacji mają prawo pozywać inne kraje, o ile decyzje przez nie podejmowane mają wpływ na ich inwestycje energetyczne.

Na tym jednak nie koniec polskiego utwardzania stanowiska. Jak Bruksela postraszyła rząd Mateusza Morawieckiego, że karę za Turów tak czy inaczej ściągnie, to należne Czechom pieniędzy szybko zaczęliśmy liczyć jeszcze raz. I wyszło nam, że nie powinniśmy płacić ani 50, ani 45 mln euro, tylko jak już to jakieś 25 mln euro. Nie wiadomo, czy będzie też korekta dotycząca czasu trwania tego czesko-polskiego porozumienia. Do tej pory Warszawa upierała się na jak najkrótszy okres, maksymalnie trzy lata.

Czeska minister słucha samorządowców

Anna Moskwa wierzy w rychłe porozumienia z Czechami tak naprawdę tylko z jednego powodu. Bo po wyborach władzę u naszych południowych sąsiadów przejęła prawicowo-konserwatywna Obywatelska Partia Demokratyczna (ODS), sprzymierzeniec PiS w Parlamencie Europejskim. Ale to wcale nie znaczy, że obecne Ministerstwo Środowiska Czech będzie podzielać węglowe argumenty Polski. Zwłaszcza że coraz więcej wskazuje, że polityka energetyczna Pragi będzie jednak zmierzać w zupełnie innym kierunku. 

W trybie pilnym przygotujemy strategię dekarbonizacji sektora ciepłowniczego, którą omówimy z odpowiednimi partnerami. Stworzymy warunki dla transformacji energetycznej i rozwoju regionów węglowych, tak aby odejście od węgla było możliwe do 2033 roku – czytamy w nowej strategii rządu Czech

W programie jest też montaż paneli fotowoltaicznych na 100 tys. dachów do 2025 r. i wprowadzenie przepisów umożliwiających tworzenie wspólnot (spółdzielni) energetycznych do końca tego roku. Warto też pamiętać, że obecna szefowa czeskiego resortu środowiska Anna Hubackova jest od początku swojej kariery politycznej związana z samorządem terytorialnym. Zarządzała ochroną środowiska w powiecie Hodonin, a także w kraju południowomorawskim. I teraz też, przed podjęciem rozmów z Polską w sprawie kopalni Turów – zasięgnęła opinii czeskich samorządowców. Nic więc dziwnego, że najchętniej wróciłaby do wcześniejszego projektu porozumienia, która na stole negocjacyjnym byłą jeszcze we wrześniu 2021 r. 

Ta umowa zawiera wszystkie warunki ochrony naszych interesów, tj. środowiska na terytorium Republiki Czeskiej, warunki monitoringu powietrza, wody, opadów. Jest zabezpieczenie nasypem ziemnym i oczywiście warunki rekompensaty za utratę naszej wody – uważa Anna Hubackova.

Nie jest więc wcale przesądzone, że w tym tygodniu spór o kopalnię Turów będzie zakończony. Rozbieżności wcale nie są mniejsze, a też woli politycznej jakoś wyraźnie też nie przybrało. Przynajmniej na razie.