Polski startup: pochwal markę, zgarnij tysiąc złotych. Sprawdzam, czy teraz wszyscy zostaniemy influencerami

Polski startup Trendor uruchomił platformę, która pozwala każdemu internaucie przesłać reklamowy klip wideo marce i na tym zarobić. Ile? O tym, w przeciwieństwie do przeciętnej reklamy, ma decydować nie popularność nagrywającego, a jego kreatywność. Czy to raj dla niespełnionych influencerów? Obawiam się, że nie do końca.

Trendor wystartował ze swoją platformą w piątek, trzynastego listopada. I do tego, w tym nieszczęsnym 2020 r. Jego twórcy pechową datą zdają się jednak nie przejmować. Przekonują, że profesjonalne reklamy w internecie się zwyczajnie nie sprawdzają. Marki poszukują czegoś świeżego, naturalnego. Ludzi, którzy przekonają do zakupu, zarażając swoim autentycznym, a nie reżyserowanym entuzjazmem.

W oczekiwaniu na rundę inwestycyjną startup ruszył już z pierwszą kampanią reklamową dla polskiej marki odzieżowej Monnari. Warto jej się przyjrzeć, bo pokazuje ona, jak w zamyśle twórców Trendora ma wyglądać współpraca internautów z firmami.

Jak zostać influencerem?

W naszym konkursie chcemy zobaczyć, jak tworzysz swoją najmodniejszą stylizację tej jesieni

– zachęca Monnari

Marka chce dostać od twórców krótkie, kilkunasto bądź kilkudziecięciosekundowe nagranie, w którym użytkownik pokaże się w płaszczu z kolekcji polskiego producenta bądź własnej stylizacji, inspirowanej tą kolekcją. Ramy są więc dość sztywno określone. Wideo wrzuca się następnie na stronę Trendor.tv. Po zaakceptowaniu go przez sponsora, dochodzi do głosowania internautów.

Bizblog.pl poleca

Najlepsze pomysły lądują na biurku jury, które finalnie przyznaje nagrody – 1000 zł za pierwsze miejsce, 600 zł za drugie i 400 zł za trzecią lokatę. Niewiele. W przypadku zajęcia miejsca na najniższym stopniu podium istnieje ryzyko, że nie zwróci nam się nawet inwestycja w ubrania, na które Monnari daje uczestnikom raptem 10 proc. zniżki.

Wśród wymagań konkursowych znajdziemy też obowiązek zamieszczenia planszy reklamowej, Trendor zaleca również otagowanie swojego video i wypuszczenie go w świat za pomocą TikToka, Instagrama czy Youtube’a. Po co? Pamiętajmy, że o przejściu do ostatniego etapu decydują głosy internautów. Bez zrobienia odpowiedniego szumu, zdobycie nagrody będzie raczej niemożliwe.

Właśnie dlatego z punktu widzenia marki to strzał w dziesiątkę. Wyobraźmy sobie setki użytkowników, którzy w walce o zwycięstwo zasypują sieć zaakceptowanymi wcześniej przez firmę reklamami. Do finału dostają się tylko najbardziej przebojowi, być może osoby, które można byłoby już określić mianem mikroinfluencerów. I cała ta kampania kosztuje tylko 2 tys. zł, bo tyle łącznie znajduje się w puli nagród.

Bat na mikroinfluencerów?

Nieco gorzej wygląda to z perspektywy uczestników konkursu. Zakup produktu z kolekcji, wymyślenie i nagranie angażującego wideo, wreszcie działania w social media to właściwie praca dla całego sztabu, która z braku laku zostanie przecież wykonana przez jedną osobę. W najlepszym wypadku wystarczy to na pokrycie kosztów nowego ciucha i kieszonkowe.

Nie znaczy to jednak, że chętnych nie będzie. Moda na „influenceryzm” sprawiła, że na reklamy pchają się dzisiaj tysiące osób. Sam poznałem takie, które promocję marki były gotowe robić za darmo, byle by móc pochwalić się mianem influencera. Wraz ze wzrostem popularności platformy i napływem marek istnieje też szansa, że stawki za wygraną będą rosnąć. Jeżeli za zwycięstwo będzie można zgarnąć, dajmy na to 10 tys. zł, optyka zupełnie się zmieni. To przecież pieniądze, na które przeciętny Polak pracuje przez kwartał. Nie zdziwię się jeżeli chętni zaczną walić na platformę drzwiami o oknami.

Celebryci z milionowymi zastępami fanów wciąż mogą spać spokojnie. Ich gaże liczone w dziesiątkach tysięcy za post nie powinny się zmienić. Trendor może okazać się za to batem na mikroinfluencerów. Marki wydając niewielkie pieniądze będą mogły angażować setki osób, które rozkręcą im kampanie reklamowe. Brak więzi z odbiorcami (które są największym atutem mikroinfluencerów) zrekompensują zdecydowanie większe zasięgi. Większość z nich nie zobaczy za to ani grosza. Czy z punktu widzenia reklamodawcy można ubić korzystniejszy interes?