Rząd raz ostro krytykuje Brukselę, innym razem żąda grubej kasy na transformację energetyczną

Groźba polskiego i węgierskiego weta unijnego budżetu na kolejną siedmiolatkę staje się coraz bardziej realna. O dziwo polscy politycy nie widzą jednocześnie zagrożenia dla funduszy, bez których nasz transformacja energetyczna nie będzie ani uczciwa, ani sprawiedliwa, o ile w ogóle się wtedy wydarzy. Ich zdaniem pieniądze na wyganianie węgla z kraju nad Wisłą cały czas leżą na stole w Brukseli.

Ponieważ rząd Polski, pod dyktando partyjnych priorytetów, idzie z Brukselą na zderzenie czołowe w sprawie powiązania budżetowych funduszy z praworządnością, to pod spory znakiem zapytania tym samym staje nasza transformacja energetyczna. Nie może być inaczej, skoro z jednej strony przymilamy się do Komisji Europejskiej i prosimy ją o zgodę na dofinansowanie węgla jeszcze przez prawie trzy dekady, a drugiej wyzywamy Brukselę od najgorszych, która śmie wtrącać się w sprawy tylko i wyłącznie należące do Warszawy. 

Bizblog.pl poleca

Jednak ze słów wiceministra klimatu i środowiska Adama Guibourgé-Czetwertyńskiego, wypowiedzianych w trakcie konferencji EuroPower, wynikają dwie rzeczy: albo w ekipie premiera Mateusza Morawieckiego naprawdę nikt nie zdaje sobie z niebezpieczeństwa, albo rząd żyje jednak w alternatywnej rzeczywistości, gdzie wszystko mu się udaje, nawet jak jest dokładnie odwrotnie. 

Transformacja energetyczna za 200 mld zł

Dla nikogo raczej nie jest odkryciem, że transformacja energetyczna w Polsce będzie wyjątkowo trudna i skomplikowana. Nie może być inaczej, skoro od węgla ciągle jesteśmy uzależnieni w ponad 70 proc. Żeby naprawdę wygonić od nas „czarne złoto” i zamienić je an słońce, wiatr, czy tam amerykański atom – będziemy więc potrzebowali sporych pieniędzy. Rząd już je policzył.

W ciągu najbliższej dekady Polska będzie miała do dyspozycji ze wszystkich dostępnych źródeł finansowanie rzędu 200 mld zł na transformację energetyczną

– utrzymuje wiceminister Guibourgé-Czetwertyński.

Przedstawiciel resortu klimatu i środowiska wymienia w tym kontekście m.in. Fundusz Sprawiedliwej Transformacji, z którego do Polski miałoby trafić 3,5 mld euro. Jednak o tym, że spełnienie naszej groźby dotyczącej weta dla unijnego budżetu na lata 2021-2027 może oznaczać całkowite przekreślenie tych planów – już się nawet nie zająknie.

Trzy drogi dla zielnej Polski

Adam Guibourgé-Czetwertyński uważa, że transformacja energetyczna nie ma szans powodzenia, o ile nie będzie oparta m.in. na tworzeniu nowych gałęzi przemysłu, zwłaszcza w tych regionach, które przynajmniej na razie uzależnione są od działalności wydobywczej. Chodzi o technologie wodorowe, pompy ciepła czy szeroko rozumianą elektromobilność. I to tutaj miałyby powstać nowe miejsca pracy – zagospodarowywane głównie przez odchodzących z zamykanych systematycznie kopalni. 

Drugą drogą, jaką miałby podążać polska transformacja energetyczna – zdaniem wiceministra klimatu i środowiska – polegałaby na budowie u nas całkowicie zeroemisyjnego systemu energetycznego. To mogłoby też pomóc w zdobyciu przewagi konkurencyjne w gospodarce. 

Chcemy dążyć do elektryfikacji systemów energetycznych w dużych miasta, ale też w ciepłownictwie, do wzrostu efektywności energetycznej budynków

– twierdzi Guibourgé-Czetwertyński.

Zakrojone na szeroką skalę inwestycje w ciepłownictwo związane są z trzecim kierunkiem dla transformacji energetycznej Made in Poland, czyli poprawą jakości powietrza. Ma to się udać nam osiągnąć m.in. dzięki dofinansowaniu ze strony NFOŚiGW na zakup autobusów na prąd. 

Wiatr albo atom – różnica to 8 bln zł

Zdaniem wiceministra klimatu i środowiska transformacja energetyczna w Polsce może być realizowana szybciej, niż wynika to z Krajowego Planu na rzecz Energii i Klimatu. Ten zakłada już w 2035 r. uruchomienie u nas pierwszej elektrowni jądrowej.

Z kolei pierwszy transfer energii z farm wiatrowych na Bałtyku do sieci miałby nastąpić w 2025 r. W 2040 r. te źródła powinny zapewnić ok. 8 GW. Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej (PSEW) widzi to jednak całkiem inaczej. Zgodnie z ich szacunkami do 2050 r. na Bałtyku mogłoby powstać nawet 28 GW mocy wiatrowych. Wtedy też, jak przekonują eksperci z PSEW, nie trzeba byłoby wydawać sporych pieniędzy na atom.

Większe wykorzystanie najtańszej energii z wiatru na lądzie, zamiast rozwijania kosztownego projektu jądrowego znacząco wpłynęłoby na obniżenie kosztu transformacji o nawet 8 bln zł

– przekonuje Irena Gajewska z PSEW.

Zamiast bilionów może być figa z makiem

Dzisiaj te wszystkie wyliczenia pasują jednak jak pięść do nosa. Transformacja energetyczna wszak jest mocno zepchnięta na boczny tor przez politykę. Tę europejską, w której większości państw UE chce wykorzystać niemiecką prezydencję do połączenia wypłat funduszy z praworządnością. I też tę polską, w której znowu okazję do tytułu największych radykałów zyskują politycy z Solidarnej Polski ze Zbigniewem Ziobro na czele. Zresztą to też doskonała okazja dla ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w jednej osobie, by ponownie rozchwiać koalicją Zjednoczonej Prawicy i wybadać nastroje „na pokładzie”. A nuż ktoś się przewróci albo wypadnie za burtę.

Ofiarą tych politycznych ustawek „na górze” może być nasza transformacja energetyczna i nasze zdrowie. To, że będziemy płacić coraz wyższe rachunki za prąd, uzyskanym z węgla i także to, że będziemy oddychać coraz bardziej zanieczyszczonym powietrzem. Przecież teraz nie licząc chyba tylko Małopolski, walka ze smogiem jest ponurym żartem. Jak bardzo ponurym pokazuje ostatnia decyzja wojewody śląskiego, który ze względu na zagrożenie epidemiologiczne nakazał zaprzestanie w śląskich miasta kontroli antysmugowych. Chociaż wszyscy eksperci jak jeden mąż powtarzają: smog otwiera drzwi do naszych płuc dla koronawirusa.