Elon, daj to ogłoszenie po polsku! Tesla płaci 16 tys. zł, ale Niemcy spod granicy nie chcą pracować

Niemcy do roboty się nie garną. Tesla gorączkowo szuka pracowników do nowej fabryki pod Berlinem, płaci kilkanaście tysięcy złotych za etat i na razie znalazła… tysiąc chętnych. Dużo za mało, by wystartować pełną parą. A ja mam nieśmiałą propozycję: A może by tak napisać ogłoszenie po polsku?

Duże koncerny motoryzacyjne budują się nad Wisłą nie bez przyczyny. Jest tanio i dobrze. Tesla do Polski nie chciała się sprowadzić, zamiast tego postawiła na odległe 40 kilometrów od Berlina Greunheide.

Bizblog.pl poleca

No i teraz Amerykanie mają problem

Wychodzi na to, że dla okolicznych mieszkańców praca w Tesli wcale nie jest zanadto pociągająca. „Business Insider” pisał, że na 7 tys. wakatów udało się znaleźć zaledwie tysiąc chętnych. A potem będzie jeszcze gorzej, bo po pełnym rozruchu w berlińskiej Gigafatory miejsce ma znaleźć nawet 40 tys. zatrudnionych.

Tak się jednak fartownie składa, że to stosunkowo niedaleko od granicy z Polską. Raptem 80 kilometrów od Świecka. Google Maps sugeruję, że to około 50 minut jazdy. Dla zaprawionego w podróżach polskiego pracownika żaden wyczyn. Tysiące osób przemierzają przecież trasę Łódź-Warszawa dzień w dzień od poniedziałku do piątku.

Według danych GUS średnia płaca w naszym kraju pruje w górę jak szalona. Myślę jednak, że nie jest jeszcze tak wysoka, żeby Polacy nad ofertą Tesli nie mogli się przynajmniej przez chwilę zastanowić. W Gigafactory niewykwalifikowani pracownicy mają zarabiać 2,7 tys. euro brutto miesięcznie, czyli około 12 tys. zł. Osoby, która mają fach w ręku, mogą liczyć na 3,5 tys. euro brutto miesięcznie, czyli około 16 tys. zł.

Wiadomo, że benzyna to nie woda. Część zainteresowanych może kręcić głową, że od samej granicy będą musieli spalić w baku 70-80 zł dziennie. Reszta być może przymknie na to oczy, uznając, że 16 tys. to wcale nie taki zły pieniądz. Myślę nawet, że ta reszta może być całkiem spora.

Mimo tego chętnych brak. A Gigafactory miała ruszyć już za dwa miesiące. Wszedłem na polskojęzyczną stronę internetową Tesli i już wiem, w czym problem.

Rozwiązanie jest wbrew pozorom bardzo proste

Chodzi o to, że Tesla zamieściła ogłoszenie o pracę po angielsku i niemiecku. Ma to nawet sens, biorąc pod uwagę, że firma wymaga posługiwania się tymi językami w przypadku wyższych stanowisk.

Ale – dajmy na to – zwykły inżynier produkcji? W ogłoszeniu nie ma nawet wzmianki o zdolnościach lingwistycznych, a wchodzę i całe ogłoszenie, od góry do dołu napisane jest w języku Szekspira. Chyba że za takowy wymóg należy uznać fragment o „doskonałych umiejętnościach komunikacyjnych, zarówno werbalnych, jak i pisemnych”. Wprost tu nic nie jest jednak napisane.

Za chwilę okazałoby się zresztą, że posługujących się językiem Mickiewicza (albo Zenka Martyniuka) jest w Greunheide więcej niż samych Niemców. Wtedy tłumacz też byłby pewnie potrzebny. Tyle, że w drugą stronę.

Jeżeli Tesla naprawdę chce trzaskać te swoje pół miliona elektryków rocznie, powinna się trochę bardziej postarać. Na razie jedyne co znalazłem w zakładce „kariera” po polsku, to informacja o… stażu, który „zapewnia praktyczne doświadczenie oraz szansę na zatrudnienie na pełen etat”. Oj, to już nie te czasy. Źle się do tego Elon zabrałeś.