Będą jak Ryanair, ale polecą między kontynentami. Do Azji od 1700 zł w dwie strony

Na taką ofertę fani budżetowych podróży czekali od dawna. W przyszłym roku po raz pierwszy w powietrze wzbije się samolot z napisem Fly Pop. Nowa linia lotnicza jest przedstawiana jako odpowiednik Ryanaira dla podróży międzykontynentalnych. Będzie więc ciasno, niewygodnie, a za każdy drobiazg każą nam dopłacać. Ale za sam lot zapłacimy śmiesznie małe pieniądze.

Fot: Facebook/Flypop

Fly Pop zapowiada, że najtańsze połączenia będą kosztowały od 350 funtów (ok. 1700 zł) w obie strony. Maksymalne ceny mają się zamykać w 750 funtach (niecałe 3,7 tys.). Biorąc pod uwagę, że za te pieniądze polecimy z lotniska londyńskiego Stanstedd do dwóch miast w Indiach – Armitsar i Ahmedabad. Pierwszy lot ma zostać wykonany w połowie 2020 roku.

Bizblog.pl poleca:

Z czasem Fly Pop chce jednak rozszerzać siatkę. Pasażerowie dostaną się tanimi liniami do takich krajów jak Pakistan, Bangladesz, Sri Lanka czy Nepal. Niewykluczone też, że trasa zostanie przedłużona np. do Nowego Jorku i Toronto. Podróżni po wylądowaniu w Londynie zostawaliby po prostu na swoich miejscach, a potem kontynuowali podróż przez Ocean Atlantycki. Przewoźnik ma też przez cały czas bacznie obserwować rynek, tak by cena biletów była niższa od tych, oferowanych przez konkurencję o co najmniej 30 proc.

Myślę, że bezpośredni lot ze Stansted w tym przedziale cenowym to świetny pomysł, biorąc pod uwagę silne powiązania między Pendżabem a diasporą Gujarati w Wielkiej Brytanii i Indiach. Otworzy również dwa tętniące życiem regiony Indii, aby łączyć się bezpośrednio z Wielką Brytanią i Europą, ponieważ Stansted jest węzłem komunikacyjnym dla innych tanich połączeń z resztą Europy – tłumaczył serwisowi LiveMint Harjiv Singh, założyciel i dyrektor generalny Salwan Media Ventures.

Drobne niedogodności

Fly Pop od samego początku porównywany jest do Ryanaira. Linia nie ukrywa, że w zamian za niską cenę wyjściową biletu ma zamiar kroić pasażerów, ile wlezie i na czym tylko się da. W tym celu zatrudniła zresztą pracownika irlandzkiej linii z lat 1986-2002 – Charlie Cliftona.

A ten wizję cięcia kosztów musiał sobie wziąć mocno do serca, bo najtańszy bilet nie zawiera w cenie nawet bagażu podręcznego. To oznacza, że 10-godzinny lot z lądowaniem na drugim końcu świata trzeba będzie odbyć, będąc zdanym na zawartość swoich kieszeni.

No, może nie do końca, bo przyda się też karta płatnicza. W samolotach Fly Pop będziemy mogli dokupić sobie dodatkowe miejsce na nogi w jednym z pierwszych trzech rzędów (domyślnie to ledwie 31 cali, czyli mniej niż 80 cm )albo zapłacić za obiad. Niewykluczone, że na końcu samolotu linia zamontuje Skycouch, czyli coś w rodzaju kuszetki. Możemy się tylko domyślać, że na transkontynentalnej trasie takie wygody tanie jednak nie będą.

Fly Pop liczy, że pasażerowie chętnie będą korzystać z wszystkich dodatkowych płatności. Tym bardziej, że przewoźnik stawia na klientów VFR (visiting friends and relatives – odwiedzających rodzinę i znajomych). A z pustymi rękoma się przecież do wujków i cioć nie przylatuje.

Planeta ponad zyskami

Z drugiej strony Fly Pop chce nieodpłatnie udostępnić pasażerom WiFi co w branży lotniczej trudno uznać dzisiaj za standard. Przewoźnik ma w dodatku mocno postawić na CSR. Pop to w rzeczywistości skrót od „People over Profit” zmieniony później na „Planet over Profit”.

Jeżeli wierzyć zapewnieniom przedstawicieli linii, część zysku z biletów ma być przeznaczana na reedukację emisji CO2, a pieniądze ze sprzedaży pokładowego cateringu zasilą fundacje pomagające bezdomnym.

I jest tylko jeden problem. Fly Pop startuje tak już od 2016 r. Od tamtego momentu firma cały czas zbiera fundusze na rozruch. Szacuje, że potrzebuje minimum 12 mln funtów. Koszty obniża m.in. poprzez leasingowanie używanych Airbusów A330. Czy 2020 okaże się pod względem zdobywania funduszy szczęśliwszy? Poczekamy, zobaczymy.