Prywatna opieka medyczna jak z dyskontu. „Lekarz z Biedronki? To nie brzmi poważnie…”

Prywatna służba zdrowia, do której nie ma kolejek, a ceny nie zwalają z nóg – to brzmi jak marzenie każdego Polaka, który przekroczył trzydziestkę i zaczął przekonywać się, że nie jest nieśmiertelny. Ale czy to w ogóle możliwe? Sieci handlowe chcą się o tym przekonać. Mają mnóstwo pieniędzy i niemal z miejsca mogą osiągnąć efekt skali.

Co łączy handel i medycynę? Z usługami obu tych branż każdy z nas ma do czynienia dość regularnie. Nawet jeżeli nie należymy do specjalnie chorowitych, to aptekę od czasu do czasu i tak wypadałoby odwiedzić. Bo proszki na ból głowy, bo gardło boli i w ogóle przewiało nas tu i ówdzie.

Prawdopodobnie z takiego założenia wychodzi dzisiaj amerykański gigant handlu detalicznego, czyli Walmart. Dzieło rodziny Waltonów od pięciu lat notuje nieprzerwane wzrosty sprzedaży, a tylko w II kwartale tego roku zarobiło na czysto 3,6 mld dol. Powstało więc pytanie, co robić z tymi pieniędzmi. Wojna handlowa z Chinami mocno ogranicza możliwości wzrostu, a przeciętny Amerykanin ma do Walmartu mniej niż dziesięć mil.

Tymczasem, tuż pod nosem, na krajowym podwórku jest rynek, którego wartość szacowana jest na 3,5 bln dolarów. Dokładając do tego narzekania na dostępność opieki zdrowotnej, odpowiedź stała się oczywista oczywista.

Rusza pilotaż

W piątek, 13 września, sieć uruchamia prywatną klinikę w Dallas w stanie Georgia. Kolejna stanie w mieście Calhoun w tym samym regionie. W ofercie poza opieką podstawową opieką zdrowotną, będzie też stomatolog i lekarz audiolog. Pacjenci będą również mieli możliwość zrobienia na miejscu zdjęć rentgenowskich.

Z początku wydaje się, że to nic nadzwyczajnego. Ot, kolejna prywatna klinika. Ale szefowie Walmarta przekonują, że jest wręcz odwrotnie. Zmienia się wszystko, bo ambicją sieci jest zaoferowanie klientom cen o 30 do 50 proc. niższych niż u konkurencji. W dużym uproszczeniu – dyskont chce w pewien sposób przenieść swój model działania z handlu na medycynę. Obok tanich, łatwo dostępnych sklepów, jak grzyby po deszczu mają wyrastać kliniki medyczne. Firma chce tak drastycznie obniżyć koszty dzięki wyeliminowaniu pośredników i wykorzystaniu efektu skali.

Z ciekawości zajrzałem na stronę. Zwykła wizyta kontrolna – 30 dolarów. Jak na amerykańskie warunki, cena niezbyt wygórowana. Ale to dopiero pierwsze podrygi. Amerykańskie media spekulują, że jeżeli pilotaż się powiedzie, Walmart może się stać największym dostawcą podstawowej opieki medycznej w całym stanie.

Medyczne eksperymenty Walmartu

Dla detalisty otwarcie prywatnych punktów przyjęć nie jest skokiem na głęboką wodę. Walmart wdał się w romans z medycyną już w 2014 r. Początkowo przychodnie były jednak umieszczone w środku centów handlowych, w dodatku nie należały do sieci.

Z czasem potencjał w generowaniu dodatkowego ruchu w sklepach wynikający z sąsiedztwa przychodni został oceniony jako niski. Dlatego właśnie Walmart zdecydował się zbudować własne, niezależne punkty. I oddzielić sprzedawanie mydła i powidła od leczenia ludzi. Nie bez znaczenia jest też zapewne decyzja detalisty o zainwestowaniu miliardów dolarów w apteki. Sprzężenie ze sobą tych dwóch biznesów mogłoby dać Walmartowi gigantyczne zyski.

Ale nie tylko on się zbroi. Swoją sieć klinik ma już Kroger – największa sieć sklepów spożywczych w USA, CVS Health i Walgreens. Amazon ma natomiast w swoim portfolio apteki. Nikt w sowich działaniach nie poszedł jednak tak szeroko jak rodzina Waltonów.

Właściciel Biedronki zerka na apteki

Czy działania Walmarta da się przenieść na polski teren? W naszym kraju odpowiednikiem byłaby Biedronka, która pod względem sprzedaży i liczby sklepów mocno odskoczyła całej konkurencji. Tyle że Jeronimo Martins z wejściem w sektor opieki medycznej jakoś się nie spieszy. Kilka lat temu spółka zainwestowała za to w koncept Aptek „Na zdrowie”.

Oficjalna strona internetowa podaje, że na terenie Polski jest ich 50. Poprosiliśmy Jeronimo Martins o odpowiedź na pytanie, czy pojawiły się plany dot. rozwoju i inwestycji. Do momentu publikacji nie dostaliśmy jednak żadnej odpowiedzi.

Trzeba zresztą zauważyć, że pod względem dostępu do opieki medycznej polski i amerykański rynek mocno się różnią. Nad Wisłą prawa do bezpłatnej opieki zdrowotnej nie ma ok. 2-3 mln osób. W Stanach Zjednoczonych to dziesiątki milionów mieszkańców.

Co więcej, w Polsce rynek marketów wciąż się jeszcze nie nasycił. Biedronka, Lidl i Dino wciąż budują nowe sklepy. Trochę dodatkowego miejsca robi się też za sprawą zwijającego się z rynku Tesco. W branży handlowej wciąż jest więc wiele do ugrania, a niewielka liczba lekarzy raczej nie zachęca do inwestowania w opiekę zdrowotną. Zresztą – czy koncepcja, w której sieci handlowe handlują zdrowiem ma u nas szanse powodzenia?

Zdrowie to śmiertelnie poważna sprawa, a  doktor przyjmujący koło Biedronki nie brzmi zbyt poważnie – tłumaczy mi anonimowo pracownik jednego ze śląskich szpitali.

Pozostaje więc, idąc drogą Walmarta, budować oddzielne kliniki. Ale tu pojawia się kolejny problem. Jego ilustrację może stanowić historia prywatnego szpitala GeoMedical w Katowicach. Jej właściciel, znany krakowski biznesmen Adam Zaremba-Śmietański, miał wielkie ambicje. Chciał stworzyć pacjentom komfortowe warunki. Ustawa o sieci szpitali odcięła go od środków z NFZ i jeden z najnowocześniejszych szpitali w regionie poszedł z torbami.

Polacy nie są skłonni płacić słono za prywatne operacje. Wolą czekać na NFZ albo jechać do Czech – kwituje moja rozmówczyni.