Szukasz dobrych lokat? Nie bądź frajerem, na rynku mamy o wiele lepsze i pewniejsze oferty

Że oprocentowanie kredytów leci w górę szybciej niż lokat, to już wiecie. A wiecie, że ta przepaść jest obecnie największa od 2012 r.? Próbujecie szukać jakichś sensownych ofert, które uratują wasze oszczędności przed galopującą inflacją, a tu słabiutko. Tymczasem Ministerstwo Finansów na dzień dobry daje wam w pierwszym roku więcej niż większość banków, a potem nawet kilkanaście procent, jak inflacja nie odpuści. A może jeszcze długo nie odpuścić. Przy okazji popełnicie dobry uczynek. Pożyczycie swoje pieniądze rządowi, bo biedny jest ostatnio, a ma nie bardzo ma gdzie pożyczyć.

Od razu wyjaśniam, nie, nie będę reklamować rządowych obligacji, które mają niby chronić nasze oszczędności przed inflacją, bo wcale przed nią nie chronią. Inflację mamy już dziś na poziomie niemal 14 proc., a nowe obligacje roczne dadzą wam zarobić obecnie 5,25 proc. w pierwszym miesiącu, a w kolejnych tyle, ile będzie wynosić stopa referencyjna NBP. Dziś jest na poziomie 5,25 proc., za tydzień będzie pewnie na poziomie 6 proc., bo szykuje się kolejna podwyżka RPP, zapewne właśnie o 75 p.b.

Są jeszcze nowe obligacje dwuletnie. W pierwszym miesiącu dostaniecie ciut więcej 5,5 proc., a potem też tyle, ile wyniesie główna stopa NBP plus jeszcze 0,25 proc. Słaby interes.

Oprocentowanie lokat. Polacy szukają alternatywy dla banków

Lokaty ciągle nie robią szału i waszych oszczędności nie ochronią w pełni, najwyżej w połowie. Najlepsze oferty największy banków opiewają obecnie na 6-7 proc., ale najczęściej są obwarowane dodatkowym warunkami – minimalna wpłata to 10 tys. zł, albo musisz założyć w danym banku konto osobiste, albo i lepiej: dodatkowo przelewać na nie co miesiąc minimum 2 tys. zł.

Bizblog.pl poleca

To już coś, bo jeszcze na koniec kwietnia, zanim państwowe banki PKO BP, Pekao i Alior, nie zaczęły podbijać stawek, to mogliśmy się ślinić najwyżej na 2-3 proc. oprocentowania na depozytach.

Polacy się jednak nie ślinili, raczej krew ich zalewała. Nic dziwnego – to co czuli pod skórą od dawna, właśnie potwierdziły dane NBP: różnica pomiędzy oprocentowaniem lokat a oprocentowaniem kredytów jest obecnie najwyższa od dekady, czyli 2012 r. A właściwie była w kwietniu, bo dane spływają z opóźnieniem.

Otóż w kwietniu średnie oprocentowanie depozytów w polskich bankach wynosiło 0,36 proc., podczas gdy średnie oprocentowanie kredytów – 6,93 proc. Mowa o wszystkich rodzajach depozytów, łącznie z rachunkami bieżącymi i wszystkich kredytach. Spójrzmy jeszcze bardziej szczegółowo na to, co was ostatnio najbardziej rusza. Przeciętna lokata bankowa oprocentowana była na 1,2 proc., a przeciętny kredyt hipoteczny na 5,6 proc. rocznie.

Wszystko dlatego, że jak stopy proc. zaczęły rosnąć, banki natychmiast zaczęły podnosić cenę kredytu, w efekcie oprocentowanie kredytów na koniec kwietnia było już najwyższe połowy 2014 roku. A jednocześnie oprocentowanie depozytów ciągle było niższe niż przed pandemią, czyli zanim stopy w Polsce zostały sprowadzone niemal do zera.

Co Polacy w tym czasie robili ze swoimi pieniędzmi? Okazuje się, że wcale nie godzili się z tym żenująco niskim oprocentowaniem, a po prostu uciekali z pieniędzmi z banków. Od stycznia do kwietnia z bankowych kont wyparowało 19 mld zł, a z rachunków bieżących 56 mld zł. To każe myśleć, że to nie premier, albo jak kto woli – państwowe banki, podnosząc oprocentowanie depozytów i zmuszając do tego samego pozostałe banki, sprawili, że atrakcyjność lokat zaczęła rosnąć. To klienci wymusili ten wzrost oprocentowania, zabierając z banków swoje pieniądze. 

A zatem recepta, co teraz zrobić, żeby podbić oprocentowanie lokat jeszcze wyżej, jest prosta: obrócić się plecami do banków i zainwestować gdzie indziej, zabierającym z banków jeszcze więcej pieniędzy.

Tylko co z nimi zrobić, jak już zabierzemy z banku? Zanieść rządowi.

Obligacje dają tłuściutki zysk

Jakiś czas temu pisałam już o obligacjach antyinflacyjnych i o tym, że to obecnie najlepszy interes, jeśli chcecie chronić swoje oszczędności przed utratą wartości. Jest tylko jeden warunek – musicie je zamrozić na dość długo, bo najkorzystniejsze są obligacje cztero- i dziesięcioletnie, a jak macie dzieci i przysługuje wam 500+, to rodzinne obligacje sześcio- i dwunastoletnie. 

One ciągle były dostępne i nie mają nic wspólnego z tym PR-owym zabiegiem premiera, że niby wprowadza nowe super korzystne obligacje indeksowane stopą referencyjną NBP.

Jeszcze w maju na obligacjach czteroletnich można było dostać w pierwszym roku 3,3 proc., a w kolejnych latach tyle, ile wyniesie inflacja + 1 proc. marży. Jest całkiem prawdopodobne, że w kolejnym roku inflacja nie spadnie wcale poniżej 10 proc., a więc zysk zapowiada się sowity.

Przy obligacjach 10-letnich Ministerstwo Finansów płaciło dotąd 3,7 proc. w pierwszym roku i poziom inflacji + 1,25 proc. marży kolejnych latach.

To już był dobry interes, lepszy niż nowe obligacje tak zachwalane przez rząd indeksowane stopą referencyjną NBP, jeśli wysoka inflacja utrzyma się się jeszcze dwa-trzy lata, a to prawdopodobne.

Ale od czerwca to jeszcze lepszy interes. Nagle MF podniósł oprocentowanie wszystkich obligacji w pierwszym roku. Dziś przy tych czteroletnich można dostać aż 5,5 proc., a to tyle, ile na zwykłych lokatach płacą państwowe banki, czyli te największe na rynku i niewiele mniej niż najbardziej hojne banki bez udziału Skarbu Państwa. Tylko że po tym pierwszym roku wchodzi indeksacja inflacją, że oprocentowanie może skoczyć nawet do kilkunastu procent.

W przypadku obligacji obligacji 10-letnich oprocentowanie w pierwszym roku skoczyło z 3,7 proc. do 5,75, a na rodzinnych 12-letnich z 4 do 6 proc. Marża doliczana do wskaźnika inflacji się nie zmieniła.

Przecież to teraz najlepszy deal na rynku i na razie żadna lokata nie może się z tym równać.

Kup obligacje, pomóż rządowi

W dodatku wkrótce zakup obligacji będzie jeszcze łatwiejszy. Dziś można je kupić za pośrednictwem PKO BP, ale Pekao chce dołączyć o oferować obligacje skarbowe również u siebie od września.

Wszystko dlatego, że państwowe banki chcą, by Polacy mieli szerszy dostęp do ten najlepszej obecnie okazji ochronienia się przed inflacją?

Raczej dlatego, że potrzebują załatwić rządowi trochę więcej pieniędzy. Ten ostatnio ma bowiem problem z inwestorami instytucjonalnymi, którzy jakoś mniej chętnie kupują rządowe papiery. Jest więc mały kłopocik, bo Polska potrzeby pożyczkowe ma duże, tylko pożyczających trochę za mało, o czym dokładnie pisał niedawno w Bizblog.pl Rafał Hirsch.

Z ostatniej aukcji obligacji skierowanej do inwestorów instytucjonalnych rząd chciał pozyskać 4-7 mld zł. To oficjalny komunikat, który oznacza: chcemy 7, ale 4 to już mus. Zebrał 5,5 mld zł, a to bardzo słaby wynik i to przy bardzo niskim popycie ze strony kupujących, który ledwie przekroczył ofertę rządu, a w poprzednich latach był zwykle dwukrotnie wyższy i to było normalne.

Dziś normalnie nie jest, bo to nie pierwsza taka aukcja, że popyt nie dopisuje, a już kolejna w tym roku. Ba! W lutym i w marcu popyt był nawet mniejszy niż oferta MF, więc rząd nie miał najmniejszych szans pożyczyć tyle pieniędzy, ile chciał.

Zdecydował się nawet ostatnio na coś, co robi rzadko – wyjść na rynek zagraniczny i wyemitować obligacje w euro, czyli wziąć na siebie dodatkowo ryzyko walutowe, ale za to dostając dostęp do znacznie większej liczby kupujących.

No i druga nadzieja jest w nas – kupcach, którzy mogą sięgnąć po obligacje detaliczne kierowane do zwykłego Kowalskiego. To popytem z naszej strony rząd chce łatać luki w swoich finansach. I nawet jeśli nie lubicie tego rządu, warto mu tu pomóc, bo to po prostu będzie najkorzystniejsze dla waszych kieszeni. Rząd was nie prosi o pomoc, rząd was chce przekupić. I warto się skusić.