Świat zmierza w stronę recesji. Sytuacja w Polsce prezentuje się niezwykle ciekawie

Na wysoką inflację narzekamy od wielu miesięcy, ale patrząc szerzej na gospodarkę, trudno było jak dotąd dostrzec jakiekolwiek wynikające z niej negatywne konsekwencje. Ceny rosły tym szybciej, im szybciej kręciła się polska gospodarka.

W ostatnich miesiącach produkcja przemysłowa rosła już o kilkanaście procent rocznie, płace w przedsiębiorstwach tak samo, szybko rosła też wydajność, a PKB w pierwszym kwartale tego roku zdaniem wielu ekonomistów zwiększyło się o ponad 8 proc. rok do roku.

Wielu firmom udało się zwiększyć i sprzedaż i marże na tej sprzedaży. Wszystko to dzięki udanemu przerzucaniu wzrostu kosztów na plecy konsumentów, co swoją drogą jest jednym z najważniejszych mechanizmów napędzania inflacji.

Konsumenci narzekają, w mediach społecznościowych obwiniają za wszystko polityków, ale dane pokazują, że nadal kupują, akceptując coraz wyższe ceny. Tak jakby było ich na nie stać. Skoro więc nadal kupują, to gospodarka kręci się coraz szybciej. Gdyby można było tak w nieskończoność, nikt nie miałby prawa narzekać na inflację.

Globalna recesja tuż. Włochy, Szwecja i USA liczą już straty

Ekonomiście jednak od dawna twierdzili, że tak się nie da i że w końcu sytuacja się zdestabilizuje. Wiele wskazuje na to, że ta wiekopomna chwila nadchodzi i jest już bardzo blisko. Zresztą nie dotyczy to tylko Polski, ale także Stanów Zjednoczonych, strefy euro czy Chin.

Wszędzie już całkiem głośno mówi się o recesji albo przynajmniej o poważnym spowolnieniu gospodarczym. Wprawdzie ma ono być łagodne, przejściowe i niejako przy okazji pomóc obniżyć inflację, ale i tak lepiej uważać, bo sama inflacja też przecież miała być przejściowa (i w końcu będzie, tylko nikt wcześniej nie pomyślał, że coś przejściowego może trwać kilka lat, zamiast kilku miesięcy).

Bizblog.pl poleca

Według ostatnich danych PKB w pierwszym kwartale spadał już we Włoszech i w Szwecji, a we Francji wzrost gospodarczy wyniósł zero. Niemcy jeszcze nieco rosły. Pierwszy od dwóch lat spadek PKB zaliczyły też Stany Zjednoczone. Wyraźne pogorszenie koniunktury gospodarczej widać też w Chinach. Indeksy PMI obrazujące aktywność gospodarczą w przemyśle pospadały tam dość głęboko w rejony sugerujące recesję. Oficjalny, ten liczony przez rząd wskaźnik PMI w przemyśle spadł do 47,4 punktów, sugerując pogłębiającą się recesję.

Z większymi niż obecnie załamaniami koniunktury mieliśmy tam w tym stuleciu do czynienia tylko w czasie pierwszej fali koronawirusa na początku 2020 r. i w czasie kryzysu finansowego po bankructwie Lehman Brothers w 2008 r. Według najnowszych raportów firmy przemysłowe w Chinach w tej chwili notują spadek produkcji, spadek nowych zamówień i spadek zatrudnienia. Premier Chin Li Keqiang powiedział w ostatnią niedzielę, że sytuacja na ich rynku pracy jest skomplikowana i bardzo poważna.

Chiny to przypadek zupełnie inny niż USA i Europa. Oni brną w stronę recesji głównie przez nową falę Covid-19 i niezwykle restrykcyjną politykę wobec tej pandemii. Nie mają za to problemu z inflacją, która wynosi tam obecnie tylko 1,5 proc. Jednak jest to na tyle duża gospodarka i na tyle istotna potęga eksportowa, że recesja tam może mieć spory wpływ na to, co dzieje się u nas.

Firmy gromadzą zapasy, a ceny rosną

Po pierwsze kolejna fala zakłóceń i opóźnień logistycznych w tamtejszych portach może ponownie nasilić problemy z brakami towarów w Europie, co może zakłócać produkcję (czynnik prorecesyjny) i podnosić ceny. Z drugiej strony spadek popytu w chińskiej gospodarce może przekładać się na spadek cen wielu surowców na świecie i w ten sposób łagodzić presję inflacyjną nie tylko u nich, ale też u nas.

Tyle że moment, w którym firmy zauważą, że ta presja zaczyna znikać też może okazać się prorecesyjny. Jednym z najważniejszych czynników napędzających inflację na świecie jest bowiem zanik finezyjnych systemów zarządzania zapasami w firmach, opartych na założeniu, że istnieje globalizacja, a system transportu i logistyki działa sprawnie na całym świecie.

Nazywało się to systemem just-in-time i pozwalało utrzymywać w wielu firmach dokładnie tyle zapasów surowców/towarów/półproduktów a także wyrobów gotowych, ile w danym momencie potrzeba. Dawało to spore oszczędności i podnosiło rentowność firmy. Pandemia spowodowała, że just-in-time zostało zastąpione przez just-in-case, czyli powrócił system gromadzenia zapasów na wszelki wypadek.

Firmy zaczęły się bać, że jeśli tego nie zrobią, narażą się na ryzyko braku dostaw w przyszłości. Wkrótce doszło do tego związane z rosnącą inflacją ryzyko wzrostu ceny. Teraz wszystko kupowało się na zapas, żeby uniknąć jeszcze większego wzrostu kosztów w przyszłości. Powstało błędne koło: firmy kupują towary i materiały na zapas, ponieważ drożeją, a przez to, że kupując na zapas wciąż podkręcają na rynku popyt, towary te nie mogą przestać drożeć. W efekcie indeksy cen produkcji (PPI) rosną w wielu krajach już nie o kilkanaście, ale o kilkadziesiąt procent.

Kiedy jednak firmy dojdą do wniosku, że dalszego wzrostu cen nie będzie, wtedy przestaną kupować na zapas. Wtedy okaże się, że w ogóle nie muszą robić żadnych zakupów na rynku, bo oczywiście mają spory zapas wszystkiego. Wtedy popyt na rynku spadnie, a w efekcie będzie musiała też spaść produkcja – i recesja stanie się rzeczywistością.

Oprócz sygnałów z Chin przyczynić się do tego może też szybki wzrost stóp procentowych, który w końcu będzie musiał przełożyć się na przyhamowanie wzrostu popytu na rynku. Tak jak już teraz dzieje się to na rynku mieszkaniowym – zdecydowanie mniej nowych kredytów oznacza wyraźny spadek sprzedaży mieszkań, prognoz dalszych wzrostów cen za metr kwadratowy już nie ma, kto wie, może nawet zobaczymy tam jakieś spadki cen.

Recesja tylko w parze z bezrobociem oznaczać będzie problemy

W kontekście stóp procentowych warto zwrócić uwagę na to, że w strefie euro one jeszcze nawet nie zaczęły rosnąć, a w USA jesteśmy dopiero na samym początku cyklu podwyżek. A wzrost PKB już teraz po obydwu stronach Atlantyku ledwo zipie. Możliwe więc, że za kilka miesięcy świat doświadczy jednoczesnego spadku PKB w trzech najważniejszych organizmach gospodarczych: w USA, w Europie i w Chinach.

Polska wtedy zapewne nie będzie wyjątkiem. Zresztą jeśli większość prognoz mówi, że w tym roku PKB urośnie nam o niecałe 4 proc. a rok zaczęliśmy od wzrostu o ponad 8 proc. to znaczy, że po drodze z tym wzrostem musi stać się coś złego.

Nie każda recesja musi jednak oznaczać katastrofę w gospodarce. Aby tak się stało, musiałby jej towarzyszyć spory wzrost bezrobocia. Miliony ludzi bez pracy, czyli bez dochodów oznaczałyby wtedy dodatkowy cios, kolejny spadek popytu i ryzyko przejścia tymczasowej recesji w długotrwałą depresję.

Trudno sobie dziś taki scenariusz wyobrazić, gdy stopa bezrobocia w USA czy w Polsce jest poniżej 4 proc. a w strefie euro poniżej 7 proc. co oznacza tam bezrobocie rekordowo niskie. Nawet jeśli te wskaźniki nieco podskoczą, to do katastrofy wciąż będzie daleko. A z drugiej strony dzięki temu powinno się w końcu udać powstrzymać rosnącą inflację.

Poza tym Polska w ostatnich dwudziestu latach zawsze goniła Zachód szybciej właśnie w okresach recesji. W 2008 roku w czasie kryzysu finansowego udało nam się nawet jej uniknąć, a w 2020 r. u nas była ona łagodniejsza niż na Zachodzie. Może więc nie będzie tak źle i dzięki nadchodzącej recesji nie tylko utniemy łeb inflacji, ale też znów nieco zmniejszymy dystans dzielący nas od Zachodu.

Rafał Hirsch – dziennikarz ekonomiczny, nagradzany między innymi przez NBP (Najlepszy dziennikarz ekonomiczny 2008) i Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (Heros Rynku Kapitałowego 2012). Współtwórca m.in. TVN CNBC i next.gazeta.pl. Obecnie współpracownik Business Insidera i Tok FM.