Rządowa strategia testowania na koronawirusa przynosi opłakane skutki. 603 zgony w środę

Testujemy tylko objawowych po skierowaniu przez lekarzy POZ – mówi Ministerstwo Zdrowia. Resort jednocześnie kolportuje filmiki ostrzegające, że wiele osób przechodzi koronawirusa bezobjawowo. „Brak charakterystycznych dolegliwości może uśpić naszą czujność” – poucza rządowy filmik. Tak, to najwyraźniej uśpiło waszą czujność, drodzy rządzący. W środę podano rekordową liczbę zgonów covidowych – zmarły aż 603 osoby.

19 883 nowe zakażenia koronawirusem ogłoszone w środę to kolejny wynik poniżej pułapu 20 tysięcy dziennie, a zarazem kolejna przesłanka do ogłaszania przez rząd „stabilizacji epidemii COVID-19”. Problem polega jednak na tym, że oficjalne dane o liczbie zakażeń to coraz większa abstrakcja, ponieważ testów od tygodni robi się o wiele za mało.

Bizblog.pl poleca

Minister zdrowia Adam Niedzielski podczas konferencji prasowej we wtorek powiedział, że „poprawę sytuacji widać w zmianie liczby i dynamiki zachorowań, w dostępności infrastruktury i w mobilności”. Odważył się nawet na takie stwierdzenie:

Możemy troszeczkę się uśmiechnąć i stwierdzić, że to, co najgorsze mamy już za nami

Adam Niedzielski chyba nie do końca przemyślał swoją wypowiedź, która w świetle dzisiejszych danych o zgodach brzmi jak niezamierzony, wyjątkowo okrutny żart. Zwróćmy jednak uwagę, że minister wśród danych świadczących o poprawie nie wymienił liczby zgonów. Nic dziwnego, bo te dane świadczą o czymś zupełnie innym – epidemia rozwija się w najlepsze, zbierając coraz tragiczniejsze żniwo.

603 zgony, w tym 112 przypisane samemu koronawirusowi, a pozostałe chorobom towarzyszącym, to ponury rekord epidemii COVID-19 w Polsce. Tym samym łączna liczba osób, które oficjalnie uznaje się za ofiary koronawirusa, dobiła już do 11 451. Niestety przytłaczająca większość ofiar śmiertelnych pojawiła się w ostatnich tygodniach, a krzywa dziennych zgonów nie przestaje rosnąć.

Skoro jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle? Dlaczego testuje się tak mało, choć niemal wszyscy eksperci trąbią, że mała liczba testów oznacza, że system wykrywania nowych zakażeń jest dziurawy jak sito? Są dni, gdy liczba pozytywnych wyników dobija do 60 proc., a to oznacza, że oficjalne dane o zakażeniach to tylko mały wycinek ich realnej liczby.

Minister Adam Niedzielski wprost przerzuca całą odpowiedzialność za liczbę wykonywanych testów na lekarzy rodzinnych. „Nasz system testowania jest oparty przede wszystkim na lekarzach POZ. To oni decydują o tym, ile badań w Polsce jest wykonywanych” – powiedział podczas wtorkowej konferencji prasowej.

No dobrze, ale dlaczego testuje się tylko osoby z objawami COVID-19, które zgłosiły się do POZ? Przecież eksperci zgodnie wskazują, że najbardziej zarażamy przed wystąpieniem objawów. Minister zdrowia mówi, że „najważniejsze jest utrzymanie buforu bezpieczeństwa pomiędzy liczbą zachorowań a dostępnością infrastruktury”.

Nie trzeba mieć wybitnej umiejętności czytania między wierszami, by zrozumieć ten przekaz: musimy testować tak mało, bo w przeciwnym razie nasz system tego nie wytrzyma. Innymi słowy, lżej chorzy niech dochodzą do siebie w domu, siedzą cicho i nie psują nam statystyk obciążają systemu ochrony zdrowia.

Przekaz Ministerstwa Zdrowia w sprawie osób zakażonych koronawirusem jest wybitnie niespójny, żeby nie powiedzieć: schizofreniczny. Z jednej strony cały czas słyszymy, że testować trzeba tylko osoby objawowe i to jest właściwa strategia, a z drugiej strony Kancelaria Premiera kieruje (a Ministerstwo Zdrowia podaje dalej) do obywateli takie filmiki edukacyjne:

Zaraz, skoro „wiele osób przechodzi koronawirusa bezobjawowo”, przez co możemy nieświadomie zarażać innych, to dlaczego nawet nie próbuje się wyłapać takie przypadki, zanim dojdzie do kolejnych zakażeń? To prawda, że „brak charakterystycznych dolegliwości może uśpić naszą czujność” – szkoda, że rząd mówi tutaj także o sobie.