Polacy, szykujcie się nowy lockdown. Za imprezę na Krupówkach zapłaci branża narciarska

Czy dobrze zrozumiałam, że mówi się o zamykaniu naszej branży, żeby turyści nie przyjeżdżali do hoteli? Nie mieliśmy informacji z żadnego urzędu w tej sprawie. Być może niektóre ze stacji nie zdecydowałyby się na ponowne otwarcie, wiedząc, że jest to tak krótka perspektywa – mówi Bizblog.pl Sylwia Groszek rzecznik prasowy organizacji Polskie Stacje Narciarskie i Turystyczne

Branża gastronomiczna i hotelarska to w porównaniu z właścicielami stacji narciarskich wygrani pandemii koronawirusa. Rząd zamyka je wprawdzie bez uprzedzenia i często zostawia bez pomocy, ale w każdej chwili mogą liczyć na odmrożenie przynajmniej części działalności, co mogłoby pozwolić im na zmniejszenie strat wywołanych lockdownem.

Ze stokami sytuacja wygląda inaczej. Branża narciarska straciła w tę zimę praktycznie całoroczny zysk. A wszystko wskazuje na to, że premier Morawiecki dopiero szykuje się do zadania jej ostatecznego ciosu.

W czwartek Ministerstwo Zdrowia podało, że licznik dobowej liczby zakażeń dobrnął do 9 tys. Wcześniej Adam Niedzielski zapowiadał po przekroczeniu poziomu 10 tys. zakażeń dziennie, będzie rekomendował powrót do poprzedniego rygoru sanitarnego.

Bizblog.pl poleca

Oznacza to, że hotele znów straciłyby możliwość przyjmowania turystów, a wyciągi narciarskie zostałyby zamknięte na cztery spusty. Ktoś ma jeszcze złudzenia, jaki będzie finał tej sprawy?

Miłość, miłość w Zakopanem…

Polewamy się szampanem.

W weekend media społecznościowe obiegły zdjęcia z zakopiańskich Krupówek. Tłum turystów ściśniętych na głównym deptaku świętował luzowanie obostrzeń. Policja pisała o grupkach pijanych, agresywnych imprezowiczów. W poniedziałek szef resortu zdrowia Adam Niedzielski wyszedł na konferencję i pogroził społeczeństwu palcem: żarty się skończyły, liczba zakażeń znów rośnie.

Z informacji „Dziennika Gazety Prawnej” wynika, że rząd może zdecydować się na spełnienie gróźb tylko w połowicznej formie. Za wzrost zakażeń ukarani zostaliby wyłącznie właściciele stoków. Dlaczego? Spędzają w polskie góry fanów białego szaleństwa, sprawiając, że w czasie pandemii kurorty znów tętnią życiem.

Problem w tym, że to mocno kontrowersyjna hipoteza. Mniej więcej jak ta związana ze wzrostem zachorowań po strajkach kobiet. Premier Morawiecki powoływał się wtedy na badania naukowe, które miały potwierdzać, że tysiące strajkujących przyczyniają się do transmisji wirusa. Chwilę później od tych słów odciął się jego własny zespół doradców.

Podobnie jest dzisiaj. Rząd otworzył wcześniej szkoły dla klas nauczania początkowego i galerie handlowe. Rosnące statystyki mogą, choć nie muszą, być efektem tych decyzji. Wiemy za to na pewno, że otwarte od raptem 5 dni hotele i stoki na liczbę zakażeń wpływu mieć nie powinny.

Branża: bronią nas badania na temat zakażeń

A jednak to właśnie stacje narciarskie mają zostać kozłem ofiarnym pogarszającej się sytuacji epidemicznej. Branża jest wściekła. Po raz kolejny o planach rządu dowiaduje się z mediów. Gdyby było inaczej, premier Morawiecki dostałby zapewne na biurko opracowanie badania na podstawie wyników dostarczonych przez zespół badawczy EMPA w Szwajcarii.

Dr inż. Tomasz Magiera pisze w nim, że że powietrze przy otwartych oknach w kabinie linowej wymieniane jest, w zależności od jej wielkości, od 42 do 138 razy w ciągu godziny. Dla porównania w pociągu to 7 do 14 razy na godzinę, a w przeciętnym biurze tylko raz na godzinę.

Badacze przyjęli też wskaźnik infekcji w społeczeństwie na poziomie 1 proc., bazując na masowych testach przeprowadzonych w kantonie Grisons w Szwajcarii podczas tzw. piku wykrytych przypadków zakażenia wirusem Sars-CoV-2.

Wynik? Ryzyko zakażenia w 8-osobowej kabinie kolei linowej wypełnionej w 100 proc., przy maksymalnym czasie przebywania wynoszącym 12 minut, z otwartymi oknami i bez używania maseczek wynosi wynosi ok. 1,5 x 10 do potęgi 5 (0,000015).

Redukując liczbę osób o 50 proc., zmniejszamy prawdopodobieństwo do ok. 0,8*10 do potęgi minus 5 (0,000008 – przyp. red.)
.

– czytamy w opracowaniu.

Premier Morawiecki znów zaskakuje

Jeśli wierzyć przeciekom, klamka już zapadła. Obóz rządzący po raz drugi, prawie z dnia na dzień, może ograniczyć działalność do obsługi szkółek narciarskich.

Za pierwszym razem stoki były otwarte koło 3 tygodni. Przedsiębiorcy zainwestowali wcześniej w naśnieżanie dziesiątki tysięcy złotych, licząc na udany sezon.

Tym razem narciarskie eldorado może potrwać raptem dwa tygodnie. I właściciele niektórych wyciągów znów będą w plecy. Ponieśli koszty ratrakowania nieużywanych przez 46 dni stoków, włączyli gondole, by po chwili zwijać manatki.

Tymczasem okres między drugą połową grudnia a końcem lutego decyduje o sytuacji finansowej branży narciarskiej przez resztę roku. W trakcie przerwy świąteczno-noworocznej i ferii stoki były zamknięte. Ich właściciele stracili najlepszy moment za zarobienie pieniędzy.

Dla przedsiębiorców najtrudniejszy jest jednak brak dostępu do informacji. Początkowo scenariusze dotyczące przyszłości były budowane w oparciu o rządową strategię walki z koronawirusem. Slajdy pokazujące, jak i kiedy będzie odmrażana gospodarka, szybko trafiły jednak do kosza.

Dwudziestego piątego stycznia branża spotkała się na e-konferencji z Olgą Semeniuk, podsekretarzem stanu w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii.

Na tamtą chwilę nie wiedzieliśmy, czy stoki będą otwarte. I owszem dwoma głównymi tematami było – otwarcie stoków w odpowiednim reżimie i nasze propozycje w tej kwestii,  jak również temat stworzenia  tarczy dla branży narciarskiej

– słyszymy

Po spotkaniu zapadła cisza. O tym, że branża dostanie zielone światło na uruchomienie wyciągów, wszyscy dowiedzieli się na konferencji prasowej 5 lutego.

Tarcza? To jak utarg z weekendu

Jednocześnie pojawiła się pomoc finansowa, bo w ramach nowej tarczy antykryzysowej stacje narciarskie rzeczywiście pieniądze dostaną. Zdaniem Sylwii Groszek pomoc obejmie jednak co najwyżej połowę z nich.

Rząd idzie w  kierunku ochrony miejsc pracy, a branża to w wielu wypadkach rodzinne interesy. Dwóch współwłaścicieli na własnej działalności gospodarczej. Oni na tarczę się nie łapią. Trzeba też pamiętać o sezonowości zatrudnienia na stacjach

– podkreśla.

Zima jest na ostatnim zakręcie. Otwarcie stoków na wiosnę nic nam nie da. Nie będziemy przecież jeździć po trawie

– wskazuje rzeczniczka PSNiT.

W ramach tarczy 2.0, te ośrodki które wsparcie otrzymały mogłyby zarobić równowartość wsparcia w dobry weekend, lub w ciągu 10-15 dni sezonu zimowego, w zależności od wielkości ośrodka. 

Uruchomienie stoków w połowie lutego jest tylko kroplą w morzu potrzeb. Sylwia Groszek szacuje, że w tym czasie właściciele wyciągów są w stanie odrobić 10-20 proc. strat. O zyskach z tej zimy nikt już nawet nie myśli. Byle doczołgać się do najbliższego grudnia.