Mieli zarobić na pandemii krocie, a tracą jak nigdy. Najwięcej wtopił… Spotify

Ograniczenia, jakie państwa wprowadzają w poruszaniu się po ulicach, stanowią idealne warunki wzrostu dla firm dostarczających domowej rozrywki. Przynajmniej w teorii.

Gdybyśmy mieli w ciemno wskazywać usługi, które skorzystają na pandemii koronawirusa intuicyjnie wymienilibyśmy pewnie takie nazwy jak Spotify, Netflix czy Uber Eats. Rzeczywistość nie po raz pierwszy płata nam jednak figle. I okazuje się, że zamknięci w czterech ścianach konsumenci nijak nie chcą się dopasować do wyobrażeń analityków rynku.

Tąpnięcie na Spotify

Największą negatywną niespodzianką jest moim zdaniem Spotify. Platforma podała, że między 3 a 17 marca liczba odtworzeń utworów z czołowej „200”na największych rynkach spadła po kilkanaście procent.

Największy spadek Spotify zanotował we Włoszech – 23,1 proc. To o tyle ciekawe, że w marcu mieszkańcy Półwyspu Apenińskiego zostali przecież uziemieniu przez władze na dobre w swoich mieszkaniach. Mimo to, to właśnie oni najbardziej ograniczyli korzystanie z popularnej platformy streamingowej. Na kolejnych miejscach mamy USA (spadek o 13,3 proc.), Hiszpanię (12,7), Wielką Brytanię (10,5) i Francję (2,4).

Dziennikarz Quartz, który cytował powyższe badania, skwitował sprawę krótko: Wygląda na to, że ludzie wolą słuchać muzyki, gdy życie toczy się normalnie i można się dobrze bawić. Choć, jak sam zastrzegł, prawdopodobna jest również interpretacja, według której użytkownicy w trudnych czasach zwrócili się w kierunku starszych przebojów. W takim wypadku wyniki zostałyby po prostu zafałszowane przez zmianę preferencji słuchaczy.

Wydaję się to jednak nieco wątpliwe. W od 13 do 19 marca Spotify stracił globalnie kolejnych 11 proc. (w ujęciu tydzień do tygodnia). Pozostaje oczywiście pytanie, jak przełożyło albo przełoży się to na liczbę subskrybentów usługi. Tych danych na razie nie znamy.

Bizblog.pl poleca

Polacy wolą gotować

Bardzo nieoczekiwanie zmienia się też popyt na dostawę jedzenia. Wygląda na to, że, przynajmniej w Polsce, platformy do zamawiania posiłków wcale nie zyskały na kryzysie związanym z epidemią koronawirusa. Na pierwszy rzut oka brzmi to nieprawdopodobnie. No bo jak to? Polacy nie mogą wyjść do restauracji, nieliczne fastfoody są dzisiaj oblężone jak nigdy, a dostawy jedzenia przeżywają regres?

Uber Eats nie chwali się oficjalnie swoimi wynikami. Biuro prasowe poinformowało nas, że firma nie „komentuje aktualnego wolumenu zamówień”. Można się jednak domyślać, że pozostawia on dużo do życzenia. Serwis Love Kraków spytał jednego z kurierów o dostawy tuż po ogłoszeniu decyzji o zamknięciu szkół. Liczba zamówień miała spaść o 20 proc.

Wygląda jednak na to, że po pierwszym boomie zakupowym, nasi rodacy uznali, że wypada zjeść tony kaszy, ryżu i makaronu, jakie znalazły się w domowych spiżarniach. W tej hipotezie wspierają mnie komunikaty, jakie dzień w dzień spływają na moją skrzynkę mailową. Uber Eats a to proponuje mi 70 proc. rabaty do ulubionych restauracji, żeby chwilę później przypomnieć, że stan pandemii nie wpływa na możliwość dostawy i odbioru jedzenia. Przyznacie, że nie tak wygląda komunikacja z klientem w czasie szczytu zainteresowania, prawda?

Z prośbą o podzielenie się wpływem pandemii na liczbę zamówień napisaliśmy również do biura prasowego innej popularnej platformy służącej do zamawiania jedzenia – pyszne.pl.

Do tej pory nie zaobserwowaliśmy znaczącego wpływu zaistniałej sytuacji na liczbę zamówień

– czytamy w odpowiedzi przesłanej przez Annę Bielecką, manager PR Pyszne.pl

Niepewna przyszłość Netfliksa

Diametralnie inaczej wygląda póki co sytuacja Netfliksa. Apele ze strony Komisji Europejskiej o rezygnację z jakości HD nie są przypadkowe. Z raportu Nokii wynika, że ruch na platformie praktycznie się podwoił, szczególnie w godzinach porannych.

Teoretycznie szefowie Netfliksa powinni dzisiaj zacierać ręce i w myślach liczyć pieniądze. Fakty są jednak takie, że już teraz muszą myśleć na kilka miesięcy do przodu. A taka perspektywa jest już mniej ciekawa.

Netflix i jego konkurentów czeka bowiem okres przestoju w produkcji nowych filmów i seriali. Póki co Netflix odwołał zdjęcia do produkcji realizowanych w USA i Kanadzie. Disney zawiesił 17 projektów, Warner Bros aż 70.  

W sytuacji, w której wszystkie platformy walczą o wyłączność na każdą produkcję, szybko możemy dojść do punktu, w którym staną się zamkniętymi katalogami. Powstaje teraz pytanie, jak zachowają się widzowie. Czy będą skłonni płacić za dostęp do serwisu, na którym w kółko można odtwarzać to samo? A jeżeli nie, to gdzie wówczas skierują swoją uwagę?

Jak widać powyżej, odpowiedź na to pytanie nie musi być wcale oczywista.