Rzeź niewiniątek na Nasdaqu. Netflix, Twitter, Apple i setki innych liczą straty, a Rafał Hirsch tłumaczy, co się stało

Netflix produkuje i pokazuje światu coraz to nowe przeboje filmowe i cieszące się ogromną popularnością seriale, ale jego akcje od listopada spadły o blisko 30 proc. Tylko w tym roku, czyli w ciągu trzech tygodni straciły o 15 proc. Twitter także wciąż potrafi angażować użytkowników i dzieje się na nim wciąż dużo, na pewno nie mniej niż wcześniej. Ale na giełdzie w tym roku spadły już o 14 proc.

Nvidia, pomimo ogromnego popytu na karty graficzne, traci w tym roku 12 proc., zaś notowania mniejszych gwiazd Doliny Krzemowej i okolic, takich jak Snap, Shopify czy Roku pospadały o około 25 proc. Przypominam, tylko od początku tego roku.

Tak, wiem, że Shopify jest z Kanady i to daleko od Doliny Krzemowej, to było tylko takie uogólnienie.

Swoją drogą szwedzkie Spotify spadło w tym roku o 10 proc. a ludzie nie przestali słuchać muzyki i podcastów. Nawet Microsoft jest 10 proc. w plecy, a Apple, Amazon, Alphabet i Facebook o mniej więcej 5-6 proc. Wszystkie jednocześnie w bardzo podobnym stylu.

Generalnie giełdy generalnie w ostatnich dniach radzą sobie słabiej, ale na pierwszy rzut oka widać, że firmy związane z nowymi technologiami radzą sobie gorzej niż inne. Widać to chociażby po amerykańskich indeksach. Od początku roku S&P 500 spadł o 4 proc., a Dow Jones, w którym większość spółek to te tradycyjne, o 2,7 proc. Zdecydowanie najbardziej technologiczny Nasdaq stracił w tym czasie na wartości aż 7,3 proc.

W zgodnej opinii fachowców spadki to reakcja na perspektywę wyższych stóp procentowych w USA. Dlatego na innych kontynentach te spadki są zazwyczaj zdecydowanie mniejsze, na przykład ogólnoeuropejski indeks Stoxx 600 w tym samym czasie spadł tylko o 2 proc., bo w strefie euro jeszcze nie wiadomo, czy stopy pójdą w górę, a w USA już wiadomo, że tak. Nie tłumaczy nam to jednak tego, dlaczego firmy technologiczne tracą wyraźniej bardziej.

Stopy procentowe i obecna wartość przyszłych zysków

Najważniejszą przyczyną moim zdaniem jest to, że wzrost stóp procentowych oznacza także wyższą stopę dyskontową, której analitycy finansowi używają do przeliczania przyszłych zysków spółek na wartość bieżącą. Jeśli zakładamy, że zyski w jakiejś spółce podwoją się w parę lat, to aby wyliczyć, ile te przyszłe zyski są warte dzisiaj, musimy wziąć pod uwagę co działoby się z pieniędzmi pozostawionymi na lokacie, czyli w miejscu pozbawionym ryzyka rynkowego.

Bizblog.pl poleca

Przy zerowych stopach nic by się z nimi nie działo. Ale przy stopie wyższej od zera, np. 2 proc. ich wartości powoli by rosła. Oczywiście nie tak szybko jak zyski analizowanej spółki, ale w pewien niewielki sposób relatywnie zmniejsza to atrakcyjność inwestycji w tę spółkę. Porównanie z inwestycją bez ryzyka staje się delikatnie mniej korzystne. Ważne jest, że im dalej w czasie umiejscowione są te przyszłe zyski, tym bardziej na skutek wzrostu stopy procentowej spada ich zdyskontowana na dzisiaj wartość. Działa tu zasada procentu składanego, tyle że w tym przypadku działa ona tak, jakby w drugą stronę – nie liczymy jak bardzo rośnie w czasie wartość dzisiejszych pieniędzy, tylko jak bardzo maleje w czasie wartość przyszłych pieniędzy.

Jeśli dana spółka zarabia mało albo wcale, ale za 20 lat, to hohoho, podbije cały świat i zmieni wszystko w naszym życiu (o czym przekonana jest co najmniej co druga nowa firma technologiczna), to taki niewielki wzrost stopy procentowej może poważnie naruszyć jej fundamentalną wycenę dzisiaj. Czyli im większe są na rynku oczekiwania co do tempa powiększania się zysku danej spółki w przyszłości, tym bardziej staje się ona wrażliwa na wzrost stóp procentowych.

To dlatego, gdy rynek mówi o podwyżkach Netflix, Snap,czy Twitter nagle tracą grunt pod nogami, a takie jak General Electric czy inne Procter & Gamble spokojnie stoi w miejscu. W ich przypadku nikt bowiem nie oczekiwał, że będą zwiększać swoje zyski w takim tempie jak technologiczni liderzy

Spółki tradycyjne odzyskują względną atrakcyjność

Druga przyczyna uczulenia sektora technologicznego na wyższe stopy procentowe wynika z tego, że te podwyżki często są postrzegane jako dowód na dobrą kondycję całej gospodarki. Kiedy jest ona w kryzysie albo chociaż rośnie ryzyko pojawienia się takiego kryzysu, wtedy stopy się obniża. Skoro Fed zamierza w tym roku zasadniczo zmienić swoje dotychczasowe podejście i odpalić serię podwyżek, to znaczy, że nie boi się o to, że to zaszkodzi gospodarce, a skoro tak, to musi się ona znajdować w naprawdę niezłej kondycji.

Tak mniej więcej wygląda logiczna dedukcja po stronie inwestorów. Dobra kondycja gospodarki oczywiście zwiększa szanse na większe zyski w spółkach, zwłaszcza tych, których działalność dotyczy głównie właśnie gospodarki amerykańskiej.

I tu wychodzi kolejna specyficzna cecha big tech, a także i nieco mniejszych techów. To są prawie zawsze firmy działające globalnie, dla których koniunktura w USA o niczym nie przesądza. Starają się osiągać przychody na wielu różnych rynkach jednocześnie. Poza tym, pamiętamy, że to często firmy, które na razie w ogóle nie zarabiają albo dopiero zaczęły zarabiać. W ich przypadku więc bieżąca kondycja amerykańskiej gospodarki jest mniej istotna. Może stanie się ważna za dziesięć lat, i nawet wtedy będzie bardziej chodziło o koniunkturę globalną, niż tylko amerykańską. Te cechy sprawiają, że tech jest idealnym miejscem w giełdowym krajobrazie na czasy spowolnienia gospodarczego.

Dojrzałe tradycyjne firmy wtedy zarabiają mniej, ale techów to nie rusza, więc jego relatywna atrakcyjność względem innych segmentów na rynku rośnie. Ale działa to w dwie strony. Gdy rynek dochodzi do wniosku, że koniunktura się poprawia, wtedy spółki tradycyjne odzyskają atrakcyjność. To dlatego od początku roku akcje Forda poszły w górę o 12 proc., AT&T o 10 proc. a Berkshire Hathaway Warrena Buffetta o 6 proc.

Każda moda może przeminąć, również na spółki technologiczne

Trzecia przyczyna jest wtórna do dwóch pierwszych, ale kluczowa, żeby zrozumieć, dlaczego zmiany notowań są tak nagłe. Chodzi o przepływy kapitału do funduszy inwestycyjnych i zwykłe inwestycyjne mody.

Wyceny spółek technologicznych w ostatnich latach urosły tak mocno, ponieważ spółki te zwykle dysponują świetnymi produktami, ciekawymi modelami biznesowymi, a te największe zarabiają regularnie kosmiczne pieniądze. Dodatkowo zyskiwały na wartości, bo ich giełdowe wyceny były pchane do góry napływającymi kapitałami od nowych inwestorów.

Wynika to z tego, że inwestujący mają coraz łatwiejszy dostęp do amerykańskiej giełdy (dziś każdy może sobie na niej inwestować za pośrednictwem apek w smartfonie), ale także mieli na niej do wyboru nie tylko akcje, ale też całą masę nowych funduszy, które skupiały się wyłącznie na tych właśnie spółkach.

Napływ kapitału powodował, że spółki drożały, dzięki czemu fundusze mogły chwalić się świetnymi wynikami inwestycyjnymi, co przyciągało kolejny kapitał i tak w kółko – trochę jak w piramidzie finansowej.

Jeśli teraz coraz głośniej mówi się na rynku o podwyżkach stóp i jednocześnie inwestorzy widzą, że w tym otoczeniu dotychczasowe gwiazdy giełdy radzą sobie gorzej, to są skłonni wycofywać swoje pieniądze z tych funduszy. Te z kolei, aby móc wypłacić klientom gotówkę, muszą sprzedawać akcje, co dodatkowo zwiększa podaż na rynku i obniża ceny.

Fundusze znów mogą działać niczym wzmacniacz – tyle że teraz mogą pomagać napędzać spadki, a nie wzrosty. A poza tym do tego dochodzi stare i proste powiedzonko giełdowe o tym, że jak coś urosło, to znaczy, że będzie spadać, a jak coś spadło, to znaczy, że będzie rosnąć. Ono nie zawsze oczywiście jest prawdziwe, ale zgrabnie ujmuje sedno rynkowej zmienności wywoływanej zmianami nastrojów i mód wśród inwestorów, oraz warunków w otoczeni rynku.

Skoro przez lata tech drożał bardziej niż inne spółki, to teraz może tanieć bardziej niż inne spółki. To dlatego te przeceny czasami wyglądają dość drastycznie.

Oczywiście na rynku nic nigdy nie trwa wiecznie, a fundamentalnie spółki technologiczne się nie zmieniły. Wystarczy więc, że rynek znów zmieni zdanie w kwestii oczekiwanych podwyżek stóp procentowych czy też kondycji amerykańskiej gospodarki i spółki technologiczne ponownie wrócą do łask. Na razie jednak ewidentnie przechodzą przez dość przykry okres w swoich giełdowych karierach.

Rafał Hirsch – dziennikarz ekonomiczny, nagradzany między innymi przez NBP (Najlepszy dziennikarz ekonomiczny 2008) i Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (Heros Rynku Kapitałowego 2012). Współtwórca m.in. TVN CNBC i next.gazeta.pl. Obecnie współpracownik Business Insidera i Tok FM.