Śnieg, mróz i zero prądu. Rządowe Centrum Bezpieczeństwa nie na żarty wystraszyło Polaków

Na wieść o obostrzeniach antycovidowych Polacy krzyczą i tupią nogami ze wściekłości. Dlatego bez obaw, rząd drugiego lockdownu nam nie zafunduje. Nie będzie musiał. Sami pozamykamy się w domach, modląc się, by knot od świecy nie wypalił się przed pójściem spać. Europa szykuje się na wielki blackout.

Polska twierdzi, że żadnego blackoutu nie będzie. Urząd Regulacji Energetyki zapewnia, że w polskim systemie elektroenergetycznym są odpowiednie rezerwy i całkowita ciemność może zapaść co najwyżej gdzieś tam za granicą, ale nie u nas.

Sytuacja wydaje się więc być pod kontrolą. Tak bardzo, że Rządowe Centrum Bezpieczeństwa opublikowało instrukcję na wypadek długich przerw w dostawach prądu. Latarkę i apteczkę połóżcie sobie pod ręką, kupujcie Powerbanki, a po szafkach poupychajcie konserwy i inne takie, których nie trzeba trzymać w lodówce.

Post ma charakter działań edukacyjnych i prewencyjnych

– przekonuje RCB

Dość dziwny moment na taki komunikat. Jeżeli miał uspokoić internautów, to wywołał wręcz odwrotny efekt. Od razu sypnęło pytaniami w rodzaju: po co o tym piszecie, skoro nic nam nie grozi? Odpowiedzi mogą być dwie. Albo ktoś w RCB wyjątkowo niefrasobliwie podchodzi do komunikowania zagrożeń, albo…

Groźba blackoutu naprawdę jest realna

I nawet nie jestem pewny czy opcja numer dwa rzeczywiście jest taka straszna. To znaczy mieszkańcy Szczecina, którzy przeżyli awarię prądu kilkanaście lat temu mieliby pewnie inne zdanie, ale dzisiaj sytuacja jest zgoła odmienna.

Gdy w 2008 r. przez obfite opady śniegu portowe miasto zostało pozbawione energii na prawie cały dzień wielu mieszkańców zostało zmuszonych do pozostania w domach. Nie podejrzewali pewnie, że za ich życia takie uziemienie się powtórzy i to z zupełnie innego powodu.

Bizblog.pl poleca

Teraz do sytuacji ekstremalnych (przynajmniej w rozumieniu pierwszego świata) jesteśmy przygotowani. Mamy doświadczenie w gromadzeniu zapasów i zabijaniu nadmiaru wolnego czasu. Skończyliśmy remonty, wzięliśmy rozwody. Blackout, o którym od miesięcy huczy cała Europa, będzie w porównaniu z początkiem pandemii tylko niewinnym incydentem.

Oczywiście nie byłoby fajnie, gdyby po feralnym 2020 r. i ciągnącym się 2021 r., pierwszy stycznia nowego roku przywitał nas egipskimi ciemnościami. Ale pomyślcie. Brakuje prądu. Stają zakłady pracy, miasta wyłączają oświetlenie na ulicach. Wychodzić z domu nie ma po co, bo na zewnątrz ciemno i zimno.

Połowa sklepów w ogóle nie działa. Komunikacja miejska ostałą się w szczątkowej formie. Hotele są pozamykane, wyciągi narciarskie stoją w miejscu. Lockdown jak nic. I to właściwie z własnej woli, bo wychodzenie na dwór w takich okolicznościach mija się z celem.

Omikron znikłby, zanim rozwinie skrzydła

Pandemia skończyłaby się w trymiga i nie mogłaby liczyć nawet na pomoc antyszczepionkowców i maseczkowych nosaczy. Bo ci przecież też siedzieliby w mieszkaniach.

Ba, może nawet z nudów Polacy znów obudzą w sobie chęć do baraszkowania i pod koniec przyszłego roku będzie można odtrąbić wielki sukces programu 500+.

A, że nie ma prądu? Przecież nie tylko u nas. Na najgorszy scenariusz szykują się m.in. Hiszpanie, Szwajcarzy i Austriacy. Wydział Ochrony Cywilnej Nadrenii Północnej-Westfalii wypuścił serię filmików, na których pokazuje, jak radzić sobie bez dostaw energii elektrycznej.

Warto zresztą wiedzieć, że eksperci za jeden z problemów Niemiec uważają gwałtowny skręt w kierunku OZE i uzależnienie od rosyjskiego gazu. Ryzyko zgaszenia Polski jest ponoć nieporównywalnie mniejsze i związne raczej ze słabym stanem sieci przesyłowej, bo węgla mamy pod dostatkiem. Ewentualny blackout będzie jednak mniej dotkliwy. Ha, i co? Warto było odchodzić od prastarego polskiego surowca?

Także szach mat. Morawiecki upiekłby po omacku trzy pieczenie na jednym ogniu, Polska pozbyłaby się covidu. Fajna wizja, szkoda tylko, że taki tryumf nad koronawirusem wpisalibyśmy potem do definicji hasła pyrrusowe zwycięstwo.