Sklepy zakorkowały się na amen przez rządowe obostrzenia. Sieci żądają asysty policji

Mamy 1 kwietnia, ale niestety ogromne kolejki przed sklepami nie są primaaprilisowym żartem. Przed Biedronkami i Lidlami od południa ustawiają się nawet 50-metrowe kolejki. To efekt nowych zasad narodowej kwarantanny, które radykalnie ograniczyły legalną liczbę klientów w sklepach.

Od samego początku epidemii rząd obiecywał, że zagrożenie związane z zamknięciem sklepów nie istnieje. I rzeczywiście. Placówki handlowe wciąż są otwarte, ale nowe przepisy sprawiły, że zrobienie większych zakupów staje się niemałym wyzwaniem.

Bizblog.pl poleca

We wtorek 31 marca Mateusz Morawiecki ogłosił na konferencji prasowej, że dotychczasowe metody walki z koronawirusem nie są wystarczająco skuteczne. Pora na wytoczenie ciężkich dział. Jak spacery, to tylko w samotności. Bulwary, parki, hotele, zakłady fryzjerskie zamknięte do odwołania. No, a przede wszystkim – drastyczne ograniczenia w funkcjonowaniu sklepów spożywczych.

Te ostatnie już wcześniej miały ograniczoną dostępność. Czas pracy uległ skróceniu, w trakcie dnia pojawiły się godzinne przerwy techniczne. Sieci handlowe zaczęły również wprowadzać limit klientów, który mógł w tym samym czasie przebywać w sklepie.

Teraz doszły do tego nowe obostrzenia. Sklepy nie mogą przyjmować jednocześnie więcej klientów, niż wynosi liczba kas w placówce pomnożona przez 3. Godziny między 10 a 12 zostały zarezerwowane wyłącznie dla seniorów. Od 2 kwietnia wszyscy odwiedzający muszą dostać jednorazowe rękawiczki i dostęp do środków do dezynfekcji rąk. Pracownicy będą również musieli dezynfekować stanowiska obsługi po dosłownie każdym kupującym.

Pierwszy kwietnia stanowi więc dopiero preludium do tego, co czeka nas od czwartku. Ale to preludium jak z fabuły filmów Alfreda Hitchcocka – najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie będzie narastać. Zobaczcie zresztą sami. Tak wyglądały warszawskie sklepy przed godziną 13.00, czyli niedługo po otwarciu dla wszystkich klientów.

Tesco:

Biedronka:

i Lidl:

Policja przed sklepami?

Napięcia nie wytrzymała nawet szefowa Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, Renata Juszkiewicz.

Możemy spodziewać się, zwłaszcza w okresie przedświątecznym, tłumów sfrustrowanych klientów oczekujących na wejście do sklepów

– pisze w liście do Ministerstwa Rozwoju.

Juszkiewicz sugeruje nawet, że branża handlowa może nie być w stanie dalej „stać na straży bezpieczeństwa dostaw żywności oraz zapewnienia ładu społecznego”. Co to w praktyce oznacza? Czyżby sklepy rozważały zakończenie działalności? Na razie POHiD domaga się postawienia przed placówkami policjantów.

Czeka nas ciężki kwiecień

Oczywiście jedno z możliwych tłumaczeń brzmi, że Polacy w przypływie paniki znów rzucili się do sklepów w celu zrobienia zakupów na zapas. Taki scenariusz przerabialiśmy już przecież chwilę po ogłoszeniu decyzji o zamknięciu szkół. Ale to bardzo optymistyczne założenie.

Policzmy na spokojnie. Biedronka skróciła godziny funkcjonowania do przedziału 8-20. Od tych 12 godzin należy odjąć dwie na czas dla seniorów i jedną na przerwę techniczną. Zostaje 9 godzin. W środku jednocześnie może przebywać średnio 18 osób (przyjąłem, że kas jest 6). Mnożąc to przez 20 minut, jakie spędzamy w sklepie, daje nam to… prawie 500 osób dziennie. To dużo i mało jednocześnie.

Jeżeli chcemy, by zrobienie zakupów znów stało się znośne, musimy zachować pewną autodyscyplinę. Przyzwyczailiśmy się, że zakupy można robić szybko, łatwo i od ręki, a półki uginają się od towaru. Większych problemów z zaopatrzeniem na razie nie ma, ale o całej reszcie musimy chwilowo zapomnieć. Codzienna wyprawa po bułki i mleko na śniadanie nie wchodzi raczej w grę. Nieco luźniej jest w tej chwili w Żabkach i innych sklepach o mniejszym formacie, ale ich zakorkowanie jest prawdopodobnie tylko kwestą czasu.

I o to zapewne w tych regulacjach chodziło. Rząd nie wprowadził przecież obowiązku trzymania 2 metrów odstępu w trakcie spaceru dla członków rodziny, bo boi się, że osoby mieszkające pod jednym dachem pozarażają się wzajemnie po wyjściu z domu. Chodzi o to, by w ogóle nas do tych spacerów zniechęcać. Jak najmniej, jak najkrócej, tylko tyle, by zachować reszty higieny psychicznej.

Podobnie sprawa wygląda ze sklepami. Ogromne kolejki zapewne oduczą nas snucia się po alejkach bez większego celu. Zakupy zaczniemy robić z gotową listą i najwyżej raz na kilka dni. I szczerze mówiąc, ma to sens, bo epidemia wkracza powoli w swoją najcięższą fazę. Wszyscy musimy być gotowi na duże wyrzeczenia.

AKTUALIZACJA:

Biedronka już zareagowała. Sieć informuje, że od 2 kwietnia sklepy wydłużają godziny otwarcia – będą czynne w godz. 6:00 – 24:00.

Dodatkowo w tygodniu przedświątecznym, czyli w dniach 7-10 kwietnia, sklepy Biedronka będą czynne całą dobę. Dzięki temu Polacy będą mogli komfortowo zrobić tradycyjne zakupy na Wielkanoc

– czytamy w komunikacie prasowym.