Oj, będzie się działo! Ta propozycja rozwścieczy miliony Polaków

ZUS od każdej śmieciówki? Wrócą czasy, kiedy firmy będą płacić pracownikom pod stołem, emeryci nie dorobią i będą przymierać głodem, a specjaliści będą musieli mocno zacisnąć pasa – straszą ekonomiści i pracodawcy, Ale pracownikom też nie spodoba się ten pomysł, bo po jego wprowadzeniu odczują wyraźnie, że zarabiają mniej.

Fot: Lukas Plewnia/Flickr.com/CC BY-SA 2.0

Wszyscy zarobią o wiele mniej niż teraz, ponieważ firmy, z którymi współpracują, dwa razy się zastanowią, czy będą chcieli skorzystać z usług nowych pracowników. Studenci i uczniowie w wakacje 2020 roku odejdą raczej z kwitkiem, gdy będą chcieli dorobić.

Zamiast stawiać na konkurencyjność firm, patrzeć długoterminowo i przyjmować przepisy, które będą długoterminową inwestycją we wspólną naszą przyszłość, jak choćby wprowadzenie wzorem Niemiec dobrowolnych składek na ubezpieczenie społeczne dla przedsiębiorców, rządzący znów sięgają do kieszeni Polaków po kolejnych kilka miliardów.

Solidarnie w tyłek dostaną tym razem i pracodawcy, i pracownicy. Ci pierwsi w ramach wzmożonego zapotrzebowania na ludzi chętnych do pracy proponowali dodatkowy zarobek na umowę o dzieło i zlecenia, teraz będą musieli wysupłać więcej pieniędzy. Z kolei pracownicy, których zatrudniają obecnie, będą mniej zarabiać, dokładnie o wartość składek, które trzeba będzie zapłacić, w zależności od wariantu, który zostanie przyjęty przez rządzących.

Ale to nieistotne, ważne, by Polacy dostali swoje 500+. Ci najbardziej płodni, nie będą musieli w ogóle pracować

Rząd nad oskładkowaniem śmieciówek pracuje już od dawna.

Na pomysł, by uderzyć ZUS-em w śmieciówki, pierwszy wpadł Donald Tusk, który w 2014 roku mówił o tym, że umowy tego typu to „praca odarta z godności i poczucia bezpieczeństwa na przyszłość”.

Pięknie powiedziane, ale tak naprawdę chodziło o to samo, o co chodzi dzisiaj, by politycy mieli więcej kasy na swoje dzikie harce.

Wbrew temu, co piszą niektóre redakcje, resorty pracy oraz finansów wcale specjalnie się nie kryją z tym, że zamierzają doprowadzić do oskładkowania umów śmieciowych.

O tym, że prace przyspieszyły, tak żeby zmiany w przepisach weszły od 1 stycznia 2020 roku media informują od dobrych kilku tygodni, ostatnio o zakusach, jakie na śmieciówki robią rządzący, napisał money.pl.

Pomysł na zrobienie porządku z ZUS-em od umów cywilnoprawnych został zapisany w przyjętym pod koniec kwietnia „Wieloletnim Planie Finansowym na lata 2019-2020” jako:

„Ograniczenie unikania płacenia składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe”.

Źródło: mf.gov.pl

Ministerstwo Finansów wskazuje w dokumencie, że celem na najbliższe dwanaście miesięcy jest „poszerzenie bazy przychodów z umów śmieciowych, od których płacone są składki na ubezpieczenia społeczne”.

Z dokumentu wynika, że fiskus planuje w ten sposób wyciągnąć z naszych kieszeni 3 mld zł.

Zawsze to coś w okresie wzmożonego zapotrzebowania na pieniądze, ale łączenie oskładkowania śmieciówek z próbą zasypania 50-miliardowej dziury ziejącej w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, z którego są wypłacane renty i emerytury, to już przesada. Najprawdopodobniej chodzi wyłącznie o to, by pojawiła się jakaś kasa, która pozwoli pokryć deficyt finansach państwa po ciężkim powyborczym roku.

Ile uda się zebrać, zależy od tego, które rozwiązanie ostatecznie zarekomenduje rząd i w jakiej formie zostanie ono przyjęte przez Sejm.

Fiskus oraz resort pracy w najostrzejszym wariancie zakładają, że umowy o dzieło, zlecenia i o pracę pod względem składek zostaną zrównane i trzeba będzie ZUS-owi oddawać dokładnie tyle samo.

Oznaczałoby to ostateczne zrównanie kontraktów pracodawca-pracownik, jakie obowiązuje już w kilku państwach Unii Europejskiej, między innymi w Szwecji i Francji.

W grę wchodzi też ozusowanie umów o dzieło na takich samych zasadach, jak obecnie odprowadza się składki od zleceń, czyli do wysokości płacy minimalnej.

Przypomnijmy, w 2019 roku jest to 2250 zł brutto, a od 1 stycznia co najmniej 2345,59. Co najmniej, bo kilka dni temu minister pracy Elżbieta Rafalska zaproponowała, by od nowego roku najniższe wynagrodzenie brutto wzrosło do 2385 zł.

Jeszcze inna propozycja zakłada wyłącznie pełne oskładkowanie zleceń, czyli do wysokości wynagrodzenia minimalnego.

Jakie rozwiązanie ostatecznie zostanie przyjęte, zależy od ustaleń z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W sprawie umów o dzieło to właśnie z resortem zawiadywanym przez Piotra Glińskiego przeprowadzane są konsultacje.

Minimalny ZUS od umów o dzieło. To najłatwiejszy kompromis

Najbardziej prawdopodobne wydaje się, że ministerstwo kultury da zielone światło na to, by umowy o dzieło zostały ozusowane na takich samych zasadach, jak obecnie są zlecenia. Taka zmiana będzie w sumie najłatwiejsza do przełknięcia dla pracodawców i pracowników, których jest stosunkowo niewielu, bo około 0,5 mln (na zleceniach pracuje ok. trzy razy więcej osób).

– W przypadku umów o dzieło pełne oskładkowanie byłoby problematyczne – przyznaje w rozmowie z money.pl Stanisław Szwed, wiceminister pracy. – Takie umowy dotyczą świata wolnych zawodów, artystów, dziennikarzy. W przypadku umowy zlecenia zastanawiamy się, czy nie wprowadzić mechanizmu opłacania składek od całości umowy, a nie tylko do wysokości minimalnego wynagrodzenia – wskazuje i dodaje, że nie ma na razie żadnej gotowej ustawy, projektu ani dokumentów.