Narodowa zrzutka na służbę zdrowia. Rolnikom ubezpieczonym w KRUS nie spodoba się ten pomysł

Nie pomagały strajki, apele ani masowe wypowiadanie umów przez rezydentów. Dopiero koronawirus uświadomił rządzącym, że polska służba zdrowia jest w opłakanym stanie. Teraz szybko musimy nadrobić zaległości. Dorzucą się przedsiębiorcy i rolnicy ubezpieczeni w KRUS-ie.

Po raz wtóry niewydolny, niedofinansowany od lat system upada pod naporem pandemii COVID-19, a lekarze zostają z tym sami, bez jakiegokolwiek wsparcia rządu

– napisało pod koniec marca Porozumienie Rezydentów

Część młodych medyków tuż przed szczytem trzeciej fali zakażeń wzięła zwolnienia i urlopy. Skarżyli się na przemęczenie i brak systemowych reform ze strony rządu. Iskrą, która podpaliła beczkę z prochem była niechęć do odwołania części ustnej Państwowych Egzaminów Specjalizacyjnych.

Minister Adam Niedzielski ostatecznie nieco się ugiął i przesunął ją o dwa miesiące. Sytuacja na linii lekarze-rząd wciąż jest jednak bardzo napięta. I to od paru lat, gdy po słynnym ogólnopolskim proteście rezydentów politycy PiS tak zaczęli spełniać postulaty środowiska lekarskiego, by… ich nie spełnić.

Bizblog.pl poleca

Potrzebne są miliardy na dofinansowanie ochrony zdrowia

Kością niezgody było głównie finansowanie całej służby zdrowia. Rząd obiecał, że nakłady na leczenie Polaków wzrosną do 6 proc. PKB w 2024 r. Sęk w tym, że za punkt wyjścia przyjęto poziom PKB z 2018 r. zamiast, jak chcieli tego lekarze, odnieść wzrost do roku bieżącego. Rezydenci byli wściekli. Padły propozycje, by podnieść finansowanie do 6,8 proc.

W tej chwili słyszymy, że to ma być 6,8, za chwilę usłyszymy, że 7 itd.

– bagatelizował te żądania wiceminister zdrowia Waldemar Kraska

Te słowa padły w połowie 2019 r. Nie minęły nawet dwa lata, a rząd sam wyszedł z założenia, że podwyższenie nakładów na służbę zdrowa jest konieczne.

Czy decydujący okazał się fakt, że Polska ma jeden z najwyższych współczynników nadmiarowych zgonów w Unii Europejskiej? A może polityków partii rządzącej przeraziła sonda, z której wynika, że co trzeci lekarz w kraju rozważa emigrację? Agata Kołodziej zauważyła, że byłby to armagedon, bo już dziś brakuje nam 68 tys. medyków.

Jakkolwiek nie brzmiałoby uzasadnienie, najważniejsze jest to, że w końcu zapadła decyzja o sięgnięciu po pieniądze do budżetu. Ministerstwo Zdrowia poinformowało „Dziennik Gazetę Prawną”, że w 2025 r. na służbę zdrowia mamy przeznaczać 7 proc. PKB. Tak, te mityczne 7 proc., które jeszcze dwa lata temu były dla resortu zwykłym idealistycznym bajaniem oderwanych od życia rezydentów.

Skąd wziąć miliardy na służbę zdrowia?

Skąd zdobyć na to środki? W ciągu 2-4 lat w górę stopniowo zacznie wędrować składka zdrowotna. Łącznie o jeden punkt procentowy – z 9 proc. na 10 proc.

Gdyby dla uproszczenia przyjąć, że przeciętny Polak zarabia dzisiaj 5,5 tys. zł brutto, a składka zostałaby podniesiona od razu do zakładanej stawki, Kowalski musiałby dzisiaj wyskoczyć z 47 zł miesięcznie. Money.pl policzyło, że zamiast 3965 zł netto na pasku wypłat zobaczylibyśmy 3918 zł.

Im niższe wynagrodzenie, tym mniejsza strata. W przypadku zarobków rzędu 3,5 tys. 2,8 tys. zł brutto na podniesieniu składki podatnik traci tylko 20-30 zł miesięcznie.

Resort zdrowia sam przyznaje jednak, że to dopiero początek. Podwyżka składki zdrowotnej przyniesie około 10,5 mld zł, koszty nakładów na służbę zdrowia pójdą natomiast w dziesiątkach miliardów. Dlatego rząd chce dobrać się też do portfeli przedsiębiorców i rolników ubezpieczonych w KRUS, którzy od lat nie godzili się na podniesienie składek. Teraz będą musieli.

Innego wyjścia nie widać. Jeżeli ktoś przez ostatnie lata miał szczęście i nie zetknął się z publiczną służbą zdrowia, pandemia musiała go skutecznie otrzeźwić.