Sanepid w końcu wygrał z przedsiębiorcą. Obostrzenia może i są nielegalne, ale słuszne i moralne

Decyzja sądu w Bydgoszczy w sprawie sanepid kontra solarium łamiące zakaz działalności w trakcie pandemii jest co najmniej zaskakująca. Sąd przyznał, że prawo, na podstawie którego władza zakazuje dzielności przedsiębiorcom, jest wadliwe, a jednak kary dla solarium nie cofnął, bo uznał, że rząd chciał dobrze. I może jeszcze kilka dni temu bym się oburzała, że sąd ma w nosie niekonstytucyjność przepisów. Ale po tym, co widziałam ostatnio na wyciągach narciarskich, stałam się zwolenniczką zamykania takich przybytków, bo skoro przedsiębiorcy mają w nosie reżim sanitarny, który sami sobie wymyślają, to sami są sobie winni.

Przedsiębiorcy masowo podważają w sądach kary nakładane na nich przez sanepid za łamanie zakazu działalności. I masowo wygrywają. Przepisy, na których postawie rząd zakazuje im działalności, są wadliwe prawnie i nikt nie ma co do tego wątpliwości.

Bizblog.pl poleca

Aż tu nagle Wojewódzki Sąd Administracyjny w Bydgoszczy mówi: co z tego, że przepisy są niekonstytucyjne? Jest środek pandemii i niemoralne jest otwieranie firmy, narażając zdrowie i życie klientów oraz bezpieczeństwo całego społeczeństwa. Tą firmą było solarium, które zostało ukarane kwotą 10 tys. zł. I karę musi zapłacić, bo sąd postanowił ją utrzymać. To chyba pierwszy taki przypadek.

A wyjaśnienie sądu jest takie: gdy w grę wchodzi słuszność i moralność, hierarchia źródeł prawa schodzi na dalszy plan – informuje serwis prawo.pl. Walka z epidemią jest konieczna i rząd to właśnie próbuje robić, a że w niedoskonały z prawnego punktu widzenia sposób – to już mniej ważne.

Co więcej, WSA twierdzi, że naganne jest, że przedsiębiorca próbuje wykorzystać luki prawne, by podważać słuszne działania podejmowane do walki z epidemią i jego zachowanie „nie może być aprobowane i korzystać z ochrony prawnej”.

Zaskoczeni? Prawnicy też. Szczególnie że przecież rząd wprowadził nielegalne przepisy nie dlatego, że nie miał innej możliwości, ale dlatego, że nie chciał skorzystać z legalnej drogi, wprowadzając jeden ze stanów wyjątkowych przewidzianych Konstytucją.

I, mimo że to trochę boli, sercem jestem teraz jednak po stronie WSA w Bydgoszczy, a nie po stronie przedsiębiorcy. Bo widziałam na własne oczy, jak bardzo przedsiębiorcy mają w nosie jakikolwiek reżim sanitarny, jeśli pozwoli im się jednak działać, żeby nie bankrutowali. Daj palec, a wezmą całą rękę.

Reżim sanitarny to bajka dla grzecznych dzieci

Solarium tłumaczyło przed WSA, że klienci są umawiani na telefon, więc nie ma tłoku, a dodatkowo po każdym wyjściu klienta wszystko jest dezynfekowane, zanim przyjdzie następny. To w sferze deklaracji. Może i tak było, ale ja już w obietnice przestałam wierzyć. Bo przedsiębiorcy mówią jedno, a robią coś innego.

Szczyrk. Tłumy po otwarciu stoków. Właściciele wyciągów obiecywali, że będą przestrzegać reżimu, żeby tylko rząd pozwolił im działać. Branża nie dostała zasad działalności w reżimie z góry, sama wypracowała je z władzą. Obowiązkowe maseczki, dystans społeczny zachowany w kolejkach, na wyciągach krzesełkowych i gondolach mogą jechać tylko ci, którzy razem przyjechali i tak razem mieszkają w pokoju hotelowym, na krzesełku maksymalnie cztery osoby, mimo że zmieściłoby się sześć albo osiem, w gondoli maksymalnie siedem zamiast dziesięciu. To teoria. A praktyka?

Tłum w kolejce do wyciągu tak zachowuje dystans społeczny, że człowiek stojący za mną niemal leży na moich plecach. Oczywiście bez maseczki jak co najmniej połowa pozostałych narciarzy. Ja swoje jakieś półtora metra za osobą przede mną, czym narażam się na ciągłe fochy i sapania. W końcu zaczynam też używać nart jako narzędzia wymuszającego odległość za mną, co z kolei wywołuje co chwila sprzeczki i nieprzyjemne dyskusje, a ludzie po prostu próbują mnie wymijać albo wciskać się w tę wolną przestrzeń.

Nawet nie dziwię się, że ludzie nie przestrzegają zasad, tłum rządzi się swoimi prawami, ale od tego jest obsługa ośrodka, żeby reżimu pilnować. Tymczasem obsługi wcale nie widać. W końcu pojawia się pani, przechadzając się wzdłuż kolejki ludzi. Tylko co któremuś gagatkowi bez maseczki zwraca uwagę, również temu za mną. Ładnie prosi o założenie maseczki, bo takie są wymogi w ośrodku, a on jej na to: „zaraz”. Po czym pani odchodzi, a ten człowiek na moich plecach dalej ma ją w nosie.

A mnie krew zalewa, że się nie przejęła i tylko uprawia fikcję, że ktoś niby nad tym wszystkim czuwa. Zaczepiam ją więc, mówiąc, że to niepoważne, że nikt tu nie przestrzega zasad. Pani zapewnia, że zabiera karnety tym, którzy maseczek nie mają. Usłyszał to człowiek za mną i w końcu założył, ale dopiero tuż przed bramką do wyciągu, żeby nikt mu wtedy karnetu nie zabrał. Oczywiście już na samym wyciągu natychmiast zdjął, mimo że jechał z obcymi ludźmi w pełni wyładowanym krzesełkiem. W ciągu kilku następnych godzin ani tej, ani innej pani z obsługi już nie  było widać

A obsługa, która jest w miejscu wsiadania na krzesło, nawet nie udaje, że krzesełka powinny być zapełnione tylko w połowie. Więcej! Próbuję w tym tłumie wsiąść do gondoli, widzę, że wagonik wypełniony jest już siedmioma osobami, a więc to maks, chcę czekać więc na następny, a pan z obsługi zaczyna mnie poganiać, żebym wsiadała do tego już wypełnionego. 

To nie tłum jest winny sytuacji na stokach. To przedsiębiorcy są winni, że im na to pozwalają. I gorąco kibicuję teraz premierowi, żeby jednak stoki zamknął, skoro przedsiębiorcy nawet nie próbują udawać, że starają się zachowywać bezpieczeństwo.

To zresztą nie jest bajka tylko o wyciągach narciarskich. Ktoś zresztą może powiedzieć, że na świeżym powietrzu, nawet w tłumie bardzo trudno się zarazić. Zgoda (o ile obcy jegomość bez maseczki w gondoli nie kaszle i nie kicha wprost na mnie zamiast w łokieć, a to akurat częste). 

A byliście w trakcie pandemii w kinie? Jak tak. Nakaz noszenia maseczek. Połowa ich jednak nie ma. Co na to obsługa? Nic. Ale w mediach przedsiębiorcy i organizacje branżowe opowiadają, że przecież to bezpieczne, żeby przyjmować klientów, jeśli zachowywany jest reżim sanitarny. Tylko najpierw trzeba go zachowywać. Powieszenie kartki z listą zasad w kinie, na stoku czy restauracji to trochę za mało. Może dlatego, że wirus nie chodził do szkoły, więc nie umie czytać.

A wracając do wyroku WSA w Białymstoku – niezmiernie mnie cieszy. Bo przedsiębiorcom chyba zaczęło się wydawać, że są jak święte krowy. A nie są nawet mimo tego, że rząd też święty nie jest, łamiąc Konstytucję.