Niskie pobudki Sądu Najwyższego. Frankowicze wściekli, banki już tryumfują

„To kpina z kredytobiorców”, „państwo z dykty” – piszą rozżaleni frankowicze na Twitterze pod wiadomością o dzisiejszym posiedzeniu Izby Cywilnej Sądu Najwyższego. Sędziowie nie odpowiedzieli na żadne z sześciu pytań o kredyty frankowe, a zamiast tego zwróciła się z pytaniami prejudycjalnymi do Trybunały Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Tym razem pytania nie dotyczą jednak kredytów we frankach, ale legalności wybrania części sędziów SN. I tak właśnie wojna PiS o sądy dojechała zwykłego Kowalskiego zadłużonego w CHF.

W związku z takim zakończeniem dzisiejszego posiedzenia wyrażamy żal, że nie udało się dziś doprowadzić do merytorycznego rozstrzygnięcia przedstawionych zagadnień. Mamy świadomość, że rozstrzygnięcie takie byłoby bardzo istotne dla kilkudziesięciu tysięcy postępowań sądowych toczących się w całej Polsce. Stanowisko Sądu Najwyższego pomogłoby wyjaśnić sytuację prawną kilkuset tysięcy kredytobiorców, z których znaczna część waha się przed podjęciem decyzji co do wdania się w spór z bankiem, a także ułatwiłoby bankom podjęcie decyzji co do zaoferowania swoim klientom ewentualnej możliwości zawarcia ugód i warunków tych ugód

– napisało ośmiu z 21 sędziów, którzy brali udział w posiedzeniu, jednak złożyli zdanie odrębne.

Sędziowie podkreślają, że zaogniony spór, za który nie czują się odpowiedzialni, nie pozwolił SN  na realizację jednego z podstawowych zadań, jakim jest zapewnienie jednolitości orzecznictwa sądów. Ale dobro wymiaru sprawiedliwości musieli przedłożyć nad wszelkie inne konflikty, w tym ponad konflikt banki-frankowicze.

No i to by było na tyle.

Nikt już tak naprawdę nie liczy na Sąd Najwyższy

To było czwarte podejście Izby Cywilnej SN do rozwiązania problemu z frankowiczami i najwyraźniej o jedno za dużo. Nikt już nie czekał na orzeczenie sędziów. A przynajmniej nie z nadzieją, że cokolwiek się wyjaśni. Niemal wprost o tym mówiły od tygodni banki, ale i sami frankowicze choćby ustami Arkadiusza Szcześniaka, prezesa stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu.

Bizblog.pl poleca

Prawie wszystkie kwestie już zostały wyjaśnione przez sędziów w mniejszych składach, a pytanie, które dla nas jest najbardziej istotne – dotyczące wynagrodzenia za korzystanie z kapitału – zostało już przez warszawski sąd skierowane do TSUE

– podkreślał Szcześniak na łamach Business Insidera.

Jego zdaniem unijne przepisy konsumenckie mają nadrzędność wobec tych polskich, więc nie było co liczyć, że kwestię tę rozwiąże Sąd Najwyższy. A faktycznie z pytaniem o to, czy w razie unieważnienia umowy kredytowej stronom umowy przysługuje wynagrodzenie za korzystanie z kapitału, zwrócił się do TSUE Sąd Rejonowy Warszawa-Śródmieście zaledwie w połowie sierpnia.

No to nadal czekamy. A wobec SN nikt już nie ma żadnych oczekiwań.

Tym bardziej, że czwartkowe posiedzenie Izby Cywilnej od początku było podejrzane. Sędziowie zebrali się o 10.00, by wkrótce potem ogłosić przerwę do 11.40. Z daleka było widać, że praca tam nie wre. A jeśli było gorąco, to wiadomo od razu, że raczej z powodów politycznych, nie merytorycznych.

Tylko dla porządku przypomnę, czym zajmowali się w czwartek sędziowie Izby Cywilnej SN na posiedzeniu w sprawie III CZP 11/21:

– jakie są możliwości i skutki usuwania klauzul kursowych z umów, w tym ich unieważniania (pytania 1-3);

  • odrębnością roszczeń banku i kredytobiorcy (tzw. zasada dwóch kondykcji, pytanie 4.),
  • biegiem przedawnienia roszczeń (pytanie 5.);
  • możliwością domagania się przez banki wynagrodzenia za korzystanie z kapitału (pytanie 6.).

Banki już czują się wygrane?

Ale to, co teraz jest najciekawsze to to, że wygląda, jakby banki przełknęły już tę gorzką pigułkę i więcej się nią nie przejmowały.

Owszem, Związek Banków Polskich ostatnio wygrażał, że zwróci się do Komisji Europejskiej ze skargą na polskie sądy, że te źle orzekają w sprawach frankowych, bo nie rozumieją dyrektywy 93/13. Gdyby Komisja Europejska przyznała bankowcom rację, wystąpiłaby przeciwko polskiemu rządowi, a to już grubo. Tylko że to wygląda raczej na zwykły straszak w wykonaniu polskich bankowców.

A jednocześnie burza spowodowana koniecznością odpisów przez banki wielkich kwot na rzecz ryzyka prawnego związanego z frankowiczami na razie przeszła i inwestorzy zdają się już zupełnie bagatelizować to ryzyko.

Niedawno „Rzeczpospolita” słusznie zauważyła, że WIG-banki od początku roku rośnie jak na drożdżach, a więc inwestorzy wcale się nie boją. Do dziś ten giełdowy indeks bankowy wzrósł od początku stycznia o ponad 60 proc. Ba! Rósł on w tym czasie szybciej niż indeks szerokiego rynku, pobijając go ponad 30 proc., a nawet mniej więcej o tyle samo pobił Euro Stoxx Banks. A przecież w styczniu właśnie Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Manowska skierowała owe sześć pytań o kredyty frankowe, tym samym otwierając przed bankami nowe ryzyko.

Przyglądając się poszczególnym bankom w Polsce z największymi portfelami kredytów frankowych, akcje PKO BP od początku roku urosły na giełdzie o 49 proc., Banku Millennium o 101 proc., mBanku 110 proc., Santandera o 61 proc, a Getin Noble Bank o 82 proc.

A w tym samym czasie WIG20 o niecałe 20 proc., a WIG o 24,5 proc.

Oczywiście tak dobre wyceny banków na giełdzie to głównie efekt boomu kredytowego i oczekiwań związanych ze wzrostem stóp procentowych (w końcu), ale widać wyraźnie, że jednocześnie portfele frankowe bankom nie ciążą. Mimo, że w tym roku fala pozwów wzbiera.

Ale nic to, banki wcale nie spieszą się do ugód, bo diabeł okazał się nie taki straszny, jak go malują. Bankowcy najwyraźniej uznali, że ta „fala” pozwów to dla nich jednak tylko „skapywanie”, z którym sobie poradzą, bo koszty, które trzeba będzie unieść, rozłożą się na lata.

No i ciao! Żadnej katastrofy nie będzie. I żadnych więcej przełomowych podpowiedzi dla sędziów orzekających w sprawach frankowiczów też nie. Kto ma ochotę, pójdzie do sądu, a ja mam ochotę ogłosić koniec tego przedstawienia.