Rząd olewa inflację! Szykuje bombę, przy której 500 plus to niewinne zabawy przedszkolaków

Przyszły rok zapowiada nam się wyjątkowo tłusto. Pensje i wydatki poszybują w górę, państwo ściągnie rekordowo dużo podatków, a idę też o zakład, że programy społeczne PiS będą zalewać kraj miliardami złotych. Skąd to przekonanie? Rząd cieszy się jak dziecko prognozami potężnych wpływów budżetowych, a jednocześnie nie ma zamiaru przedłużać tarcz antyinflacyjnych. A statystki wskazują, że Polacy jadą już na oparach.

Jeżeli sytuacja gospodarcza na świecie przybierze zły obrót, a ceny benzyny, gazu, węgla będą szaleć w najlepsze, może się okazać, że 500+ zaczniemy wspominać, jako przejaw wyjątkowo powściągliwej polityki socjalnej obecnego rządu. Na jesieni 2023 r. czekają nas bowiem wybory, a ich głównym hasłem będzie pewnie walka z wszechobecną drożyzną.

Do tej walki trzeba byłoby przygotować się jednak już teraz. Rząd chyba nie do końca wie, jak się do tego zabrać. Z jednej strony chciałby dalej chwalić się, jak skutecznie ściąga VAT i pokazać, że budżet mimo nadciągającego kryzysu ma się świetnie. Że w skarbcach mamy nieprzebrane ilości gotówki, które w razie problemów rząd może rzucić na ratunek ubożejącym rodakom.

A za poprzedników tak nie było, prawda? Ot, choćby taki VAT. Premier Morawiecki podkreślał, że w przyszłym roku wpływy mają sięgnąć 286 mld zł. A za PO tylko 123 mld zł.

CIT? Kolejne 73 mld zł, a za Tuska było raptem 26 mld. PIT? Następne 78 mld zł, o 73 proc. więcej niż sami wiecie kiedy. Łącznie do całego budżetu ma wpłynąć o 105 mld zł więcej niż w 2021 r.. Polskie państwo w skarbonce będzie trzymać ponad 600 mld zł.

Od stycznia VAT w górę

Co poniektórzy bardziej złośliwi internauci pytają jednak, czy fakt, że Polacy łożą na państwo coraz więcej rzeczywiście jest dla polityków obozu rządzącego powodem do dumy. Bo niby to dobrze, że z budżetu będzie co wydawać, lista potrzebujących robi się przecież coraz dłuższa ze służbą zdrowia, nauczycielami i wojskiem na czele. Ale ale – szary podatnik też musi mieć za co żyć. A z tym w przyszłym roku może być mały problem, bo koszty tego życia będą nieporównywalnie większe niż dotychczas.

Bizblog.pl poleca

Rząd nie zająknął się do tej pory w temacie przedłużenia tarczy antyinflacyjnej, która od wieli miesięcy zbija gorączkę trawiącą polską gospodarkę. Obecna działa do końca bieżącego roku. Od 1 stycznia możemy się więc spodziewać wzrostu VAT z 0 do 5 proc. na spożywkę, z 0 do 23 proc. na gaz ziemny, z 5 na 23 proc. na prąd i z 8 na 23 proc. na paliwo. I to właśnie to rząd ma na myśli, chwaląc się rekordowymi wpływami z VAT.

Do wzrostu stawek tych podatków dojdzie też wzrost cen produkcji czy wydobycia samych tych dóbr, co sprawi, że ceny gwałtownie skoczą w górę. Czy Polacy to wytrzymają?

Badania oszczędności nie napawają optymizmem

Dr Michał Możdżeń z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie wskazuje, że konsumenci coraz mocniej czerpią ze zgromadzonych na rachunkach i lokatach bankowych oszczędności. Zachomikowana w trakcie pandemii kasa rozchodzi się jednak błyskawicznie. W podobnym tempie pozbywaliśmy się pieniędzy tuż po zakończeniu twardego lockdownu.

Teorii dlaczego tak się dzieje można wysnuć co najmniej kilka. Najbardziej prawdopodobny wydaje mi się jednak miks dwóch motywacji – próby utrzymania się na powierzchni bez zaciągania pożyczek (biedniejsi) i skupowanie wszystkiego, co może przydać się w przyszłości w obawie, że w 2023 r. za to samo zapłacimy 2-3x więcej (bogatsi). Jakby nie było, oszczędności mamy jednak coraz mniej, co sprawia, że na każdy potencjalny szok podażowy polscy konsumenci zareagują nie katarem, a ciężką grypą.

Na szczęście idą wybory więc nie ma szans, by ekipa rządząca zostawiła ten problem odłogiem. Coś mi się widzi, że dodatki węglowe, bony żywieniowe i inne tego typu cuda będą nam się mnożyć w oczach, bo jeśli wierzyć analitykom inflacja na przełomie roku może sięgnąć nawet 20 proc.

Budżet Schrödingera

Jest zresztą jeszcze inny myk, który można był0by zastosować, ale nie wiem, jak rząd by się z tego wytłumaczył. Na czym polega? Teraz premier Morawiecki chwali się, że budżet pęcznieje tak, że nie pomieścimy gotówki w skarbcach, a za kilka miesięcy ogłasza przedłużenie tarczy antyinflacyjnej. Polacy będą mieli więc powody do radości dwukrotnie i mam nadzieję, że nie zmąci jej to, że w tej grze przesuwanie jednego suwaka w górę sprawia, że automatycznie drugi suwak opuszcza się w dół.

Niektórzy ekonomiści śmiechem żartem wieszczą jednak, że tak właśnie się stanie. Łukasz Kozłowski z Federacji Przedsiębiorców Polskich nazwał nawet obecny budżet budżetem Schrödingera, bo jednocześnie zakłada on wygaśnięcie tarcz antyinflacyjnych, by podnieść wpływy z VAT i ich przedłużenie, by móc się pochwalić niższą inflacją.

Przedłużenie tarcz oznaczałoby, że większość pokazanych dopiero co liczb można wyrzucić do śmietnika. Ale biorąc pod uwagę, jak bardzo politycy szukają okazji do odtrąbienia sukcesów, nie będzie to chyba żadnym problemem.