Efekt nowego 500+. Morawieckiemu zabrakło kasy! Teraz to dopiero będzie ciekawie

To musiało się w końcu stać. I tak doszło do tego dość późno. Po ofensywie obietnic socjalnych rządu, w budżecie zaczyna brakować pieniędzy. Jeżeli porównalibyśmy go do spodni, to właśnie zaczyna trzeszczeć w szwach i każdy kolejny kilogram więcej (tudzież miliard) może doprowadzić do nieprzyjemnej niespodzianki.

500+ na pierwsze dziecko, zerowy PIT dla młodych, obniżka akcyzy, dopłaty do PPK – lista wydatków, które rząd zaordynował w ostatnim czasie od tych punktów mogłaby się dopiero zaczynać. Bo jest tak długa, że trochę szkoda zmarnować na nią kilka akapitów tekstu.

Budżet nie jest jednak z gumy. Prędzej czy później musieliśmy dojść do punktu, w którym premier Morawiecki powie: „stop”. I wydaje się, że właśnie do niego dobrnęliśmy. Choć to słowo nie jest może do końca adekwatne. Lepiej byłoby powiedzieć, że pomknęliśmy w jego kierunku jak Sokół Millenium po wrzuceniu nadświetlnej.

Zobacz także

Ten wiekopomny moment przypada na pierwsze lipcowe posiedzenia Sejmu.

Posłowie zdążyli już przepchnąć do drugiego czytania obniżenie PIT i uchwalić rozszerzenie 500+. Szczególnie ten drugi program uderzy nas mocno po kieszeniach. Jego rozbudowa będzie kosztować dodatkowe 20 mld zł.

Cały program będzie więc kosztował ponad 40 mld. FOR wyliczyło już, że za te pieniądze moglibyśmy podnieść kwotę wolną od podatku do 12 tys. zł, zwolnić 30 proc. podatników z PIT i NFZ albo kupić sobie lotniskowiec.

Dalej już jednak nie zabrniemy. Jeżeli liczyliście na 500+ na nienarodzone dzieci albo rozciągnięcie definicji „młodego Polaka” na 40-latków, to nic z tego. Pod znakiem zapytania staje też realizacja słynnej piątki Kaczyńskiego, bo utrzymanie trzynastej emerytury rząd uzależnił od wyniku wyborów (zagłosuj słusznie, to damy ci twoje pieniądze), ale pieniędzy na nią i tak już nie ma.

Symboliczny koniec obwieścił w czwartek wiceminister finansów Leszek Skiba. Na antenie TOK FM zaufany min. Czerwińskiej stwierdził, że rząd zamierza stosować się do reguły wydatkowej.

Jeśli chcemy, aby poziom wydatków był zgodny z regułą wydatkową, to możemy powiedzieć: nie ma już możliwości, żeby wydatkować dodatkowe środki, nie ma miejsca na dodatkowe wydatki – w tym sensie, w jakim nie znajdujemy nowych dochodów, ponieważ chcemy wypełnić regułę wydatkową, chcemy być zgodni z ustawą o finansach publicznych, no chce my też, żeby deficyt był na umiarkowanym poziomie – zadeklarował.

Sama reguła wydatkowa wyznacza, o ile mogą wzrosnąć wydatki w danym roku budżetowym. Nowe daniny nakładane na obywateli są rodzajem paliwa. Do tego dolicza się wskaźnik inflacji powiększony o jeden punkt procentowy i viola… politycy wiedzą już, jak daleko mogą się po tym tankowaniu rozpędzić z wydatkami w porównaniu z rokiem wcześniejszym.

Ten cały proces dość obrazowo został pokazany przez Aleksandra Łaszka z FOR. Kolejne podwyżki rozszerzały margines wydatków przeciętnie o 1-2 mld zł. Dzięki temu, bez wielkiego hałasu, rząd stopniowo luzował sobie krawat pod szyją, szykując się jednocześnie do realizacji dużych obietnic wyborczych. Dzięki temu mógł sobie pozwolić na największy od czasów AWS (1997 r.) transfer socjalny w roku wyborczym.

Nowe wydatki całkowicie wyczerpują przestrzeń fiskalną. Zastrzeżenie jest takie, że wszystkie inne wydatki poza wymienionymi na wykresie, nominalnie stoją w miejscu, czyli realnie spadają. To wiązałoby się m.in. z tym, że samorządy nie zwiększyłyby swoich wydatków, a to mocne założenie. Jednocześnie podatki są w trakcie uchwalania. Podsumowując – podczas gdy nowe dochody państwa są dość mgliste, to nowe wydatki są szybko uchwalane – opowiada w rozmowie z nami Aleksander Łaszek.

Co to oznacza dla nas w przyszłości?

Prawdopodobnie po wyborach zaczną się kolejne podwyżki. Do już uwzględnionego przez Łaszka testu przedsiębiorcy mogą dojść kolejne projekty, które były już zajawiane opinii publicznej, ale na ich wdrożenie w życie zabrakło odwagi. Przykładem niech będzie choćby „bykowe” – danina mogąca objąć zasięgiem kilka mln Polaków, w dużej mierze 20 i 30-parolatków.

W ten sposób rząd mógłby złagodzić też skutki obniżenia PIT dla osób do 26 roku życia. Niewykluczone przecież, że grupa „byków” i uprawnionych do korzystania z ulgi będzie się w pewnej mierze pokrywać. Ale to nie wyczerpuje możliwości ratowania budżetu.

W Wieloletnim Planie Finansowym jest zapis mówiący, że biorąc pod uwagę nowe obciążenia trzeba będzie przemyśleć ścieżkę dochodzenia  wydatków do ustawowych celów. To brzmi jakby rząd się zastanawiał, czy wydatki na zdrowie lub obronność podnosić zgodnie z wsześniejszymi ustaleniami – zauważa Łaszek.