Ryanair po cichu zmniejszył miejsce na nogi. Za każdy centymetr będziecie teraz słono płacić

Koronawirus zmusza przewoźników do szukania pieniędzy we wszystkich dostępnych miejscach. Dosłownie, bo teraz biorą się za przestrzeń, jaka dzieli koniec siedzenia jednego pasażera od oparcia drugiego. To nie są czasy dla wysokich ludzi.

Podejrzewam, że pamiętacie jeszcze zachwyt, z jakim szef Ryanaira Michael O’Leary wypowiadał się na temat Boeingów 737 Max? Że można w nim zmieścić więcej foteli (o 4 proc.), że ma niższe spalanie (o 16 proc.) i w ogóle dla całego lotnictwa jest, jak to zgrabnie ujął, „gamechangerem”.

Bizblog.pl poleca

Irlandczyk nie wspomniał o jednym. Boeingi 737 Max 8-200, które masowo zamawia teraz Ryanair, mają 28 cali przestrzeni między siedziskami. Czyli na nasze – 71 cm. Przewoźnik podaje na swojej stronie, że przeciętna przestrzeń obecnie to 30 cali – 76 cm. Lowcost zabiera nam więc pięć centymetrów. Bezcennych, bo już w tej chwili zmieszczenie kolan przed oparciem współpasażera wymaga nieco gimnastyki.

Pierwszy samolot z tej serii Ryanair odebrał w czerwcu tego roku. Łącznie w jego flocie znajdzie się ponad 200 takich maszyn. Chcesz polatać wygodniej? Proszę bardzo. Linia przygotowała nawet swego czasu ściągawkę. Szczęścia szukaj w rzędach 16 i 17.

A jak się tam znaleźć? Oczywiście płacąc dodatkowo za przywilej wyboru miejsca w trakcie rezerwacji. W innym wypadku system przydzieli co je automatycznie, a to oznacza, że prawie na pewno wylądujesz na jednym z gorszych siedzeń.

Nie tylko Ryanair oszczędza

Kilka lat temu serwis The Travel zrobił zestawienie „najgorszych linii świata” pod względem ilości miejsca na nogi. Na liście 28 pozycji, z których niewiele przekraczało 30 cali. Do niechlubnych liderów należał Norwegian (29 cali, świeć Panie nad jego duszą), LATAM Brasil (28), Vueling (29) czy TAP Portugal (28).

Jak widać, Ryanair wysuwa się w tej klasyfikacji na prowadzenie. Ex aequo, ale zawsze. Niskokosztowiec nie jest jedynym przewoźnikiem, który chciałby dobrać się do naszych portfeli. Pasażerowie coraz częściej mają dość spartańskich warunków podróży. A, że linie likwidują właśnie klasy biznes, które po pandemii stają się bezużyteczne, to pojawiła się przed nimi szansa na nowe zagospodarowanie przodu samolotów. Od razu was uprzedzę waszą ewentualną radość – nie, nikt nie zamierza rozstawiać siedzeń w większych odstępach.

Przewoźnicy zaoferują nam za to co innego. Chodzi o rosnącą jeszcze przed covidem klasę ekonomiczną premium. Najnowszy szał modowy. Nieco więcej miejsca na nogi, bardziej rozbudowane menu, mocniejsze odchylenie siedzeń wystarczą, by część pasażerów wyskoczyła z dodatkowych oszczędności.

Klasa ekonomiczna premium kosztuje zdecydowanie mniej niż klasa biznes. Ale oferuje też zdecydowanie mniej.

Ekonomia premium to najbardziej dochodowa przestrzeń w samolocie, a pandemia to wzmacnia

– zauważył Topi Manner, dyrektor generalny Finnair.

O co chodzi? Przewoźnicy liczą sobie w ten sposób: miejsca w klasie premium kosztują kilka razy mniej niż w biznesowej, ale zajmują tylko 10 proc. więcej miejsca niż klasa ekonomiczna. Za dopisek premium musimy dołożyć 5-krotność kwoty, za jaką moglibyśmy polecieć w najtańszym wariancie. I last but not least – klasa biznes zajmuje 3 razy więcej miejsca niż klasa ekonomiczna.

Skyscanner pisze, że miejsce w klasie ekonomicznej premium daje dodatkowo około 12-18 cm (5-7 cali) dodatkowej przestrzeni na nogi, 3-5 cm (1-2 cale) dodatkowej przestrzeni na siedzenie i 5-7 cm (2-3 cale) dodatkowej przestrzeni po rozłożeniu fotela.

Koniec końców klasa premium generuje o 33 proc. więcej przychodów na metr kwadratowy niż ekonomiczna i 6 proc. więcej niż biznesowa. Tak przynajmniej oszacowała sobie Lufthansa.

Premium nowym biznes

No i zaczęła się wielka reorganizacja. Linie wycinają miejsca przeznaczone dla podróży biznesowych i instalują w ich miejsce siedzenia dla zmęczonej ciasnotą klasy średniej. Robi tak np. wspomniany niemiecki przewoźnik i Emirates.

Kiedyś gros przychodów tradycyjnych linii lotniczych pochodziło z obsługi biznesmenów. Teraz na ich celowniku znalazły się osoby, które szukają ucieczki od przypominających wygodą stare PKS-y kabin klasy ekonomicznej.

A co z resztą? Tutaj przewoźnicy też mogą kombinować, ale jak pokazuje przykład Ryanaira, raczej w drugą stronę. Wzięciem może cieszyć się na przykład pomysł pewnego hiszpańskiego studenta, który chce, by w samolotach siedzenia były umieszczone na różne wysokości. Jak zauważył Piotr Grabiec – oznaczałoby, że część pasażerów będzie miała twarz na wysokości tyłków współpasażerów.

W teorii ma to wygospodarować więcej miejsca na nogi, ale na wizualizacji braku jednego – luków bagażowych. Idę o zakład, że finalnie torby powędrują pod siedzenia, a miejsca na nogi będzie tyle, co zwykle. A może i jeszcze mniej.