Ryanair i spółka są nam winni miliardy euro. Nie łudź się, że teraz odzyskasz tę kasę…

Irlandzki przewoźnik zawiesił loty i zmaga się z falą żądań o zwrot pieniędzy. Firma jednak i tak jest w stosunkowo dobrej sytuacji finansowej. Prawdziwy dramat dzieje się dopiero za ich plecami. Znajdziemy tam uziemione floty, problemy z wypłacalnością i rozpaczliwe kombinowanie, jak nie oddać pieniędzy pasażerom, pozostając w zgodzie z prawem.

Marc Smith/flickr.com/CC BY 2.0

Zacznijmy od małej wyliczanki. WizzAir – 176 dni, Ryanair – 170, Finnair – 133, IAG (British Airways, Vueling) – 132, easyJet -113, Air France-KLM – 81, Lufthansa – 51, SAS – 51, Norwegian – 26 dni. Tyle – według firmy analitycznej CAPA – najwięksi przewoźnicy na świecie są w stanie wytrzymać po odcięciu od przychodów.

Ten czas można oczywiście wydłużać, redukując koszty. Dlatego linie lotnicze masowo zwalniają pracowników i proszą o rządową pomoc. Jedno i drugie wydaje się stosunkowo proste w porównaniu z największym wyzwaniem – przekonaniem klientów, by nie domagali się przelania pieniędzy z powrotem na swoje konta.

Bizblog.pl poleca

Ile winni są nam przewoźnicy?

Tylko w ciągu najbliższych trzech miesięcy Ryanair powinien oddać pasażerom ok. 750 mln euro, IAG w granicach 3 mld euro, a Lufthansa aż 3,5 mld euro – szacuje fly4free.pl. Biorąc pod uwagę, że przeciętna linia lotnicza trzyma w skarbonce na czarną godzinę najwyżej kilka mld euro, kwoty są wręcz astronomiczne.

Zatrzymanie chociaż części środków, którymi klienci zapłacili już za bilety, stało się kwestią niemal życia i śmierci.  Ryanair powoli odgrzebuje się spod stosu próśb o zwroty i prawdopodobnie szykuje dla pasażerów jakieś niespodzianki. Tak wynika przynajmniej z listu, jaki Michael O’Leary wystosował w ostatnich dniach do klientów.

Jedno nieprzyjemne zaskoczenie klienci Irlandczyków już przeżyli. Ryanair namawiał ich na zamiany lotów. „The Guardian” ustalił, że gdy klienci próbowali skorzystać z tej możliwości, dostawali wyższe ceny niż konsumenci próbujący znaleźć połączenie po raz pierwszy.

W przypadku rejsu Dublin-Malaga różnica miała sięgać prawie 80 funtów.

Linie wolą vouchery

Wizzair obiecuje, że zatrzymując pieniądze na jego koncie, dostaniemy do wykorzystania w przyszłości 120 proc. należności. Pasażerowie zżymają się, że próbując wypłacić 100 proc. wartości biletu już teraz przyjdzie im czekać całymi tygodniami.

Nerwowo jest ostatnio wśród klientów innego budżetowego przewoźnika – easyJet. Domagający się zwrotu pieniędzy słyszą od przedstawicieli linii, że czas wyznaczony na zwrot pieniędzy wydłużył się do 28 dni.

To i tak jednak nieźle w porównaniu do Air France- KLM. Francusko-holenderski holding oddawać pieniędzy ani myśli i proponuje zainteresowanym zmianę terminu lotu, albo voucher do wykorzystania zapewne w bliżej nieokreślonej przyszłości. Kłopoty mają również klienci Emirates. Internauci skarżą się, że po odwołaniu lotów nie są w stanie skontaktować się z przewoźnikiem.

Zwroty? Zasadniczo możliwe

Podobnie zachowała się Lufthansa. Serwis View from the Wing pisze, że linia wyłączyła formularz zwrotu na swojej stronie. Czy Niemcy w ogóle mają zamiar oddać pasażerom pieniądze? Zdaniem rzecznika Lufthansy jest to „zasadniczo możliwe”. Ale potrwa zdecydowanie dłużej niż w normalnych okolicznościach.

Wcześniej w podobny sposób zachowały się Kenya Airways.

Nieco okrężna drogę wybrali w tym czasie szefowie Swiss. Przewoźnik przyznał, że przerobienie wniosków o zwrot pieniędzy go przerasta i zachęcał do przebukowania biletów na inne terminy. Vouchery zamiast gotówki zobaczyli klienci Air France oraz Ukraine International Airlines. Ukraińska linia zawiesiła jednocześnie pracę infolinii i kieruje wszystkich oczekujących do formularzy na stronie www.

Problem w tym, że tego typu praktyki stoją w sprzeczności z prawem. I przewoźnicy dobrze o tym wiedzą. Reuters napisał, że szefowie czołowych linii lotniczych na świecie pielgrzymują dzisiaj do Brukseli, prosząc, by Komisja Europejska zmieniła przepisy nakazujące zwrot pieniędzy. Co klienci mieliby dostać w zamian? Przewoźnicy chcą zaoferować vouchery o wydłużonej dacie ważności – nawet do 2 lat.

W ten sposób miliony pasażerów staną się kredytodawcami przedsiębiorstw o bardzo niskim ratingu. W najbliższym czasie czeka nas fala bankructw w branży lotniczej. Czy przewoźnicy, którzy dzisiaj proszą o rok zwłoki za sześć miesięcy wciąż będą utrzymywać się na rynku?

Silenie się na takie prognozy przypomina wróżenie z fusów.