Do Sądu Najwyższego spływają opinie nt. kredytów we frankach. I powiem wam: dzieje się!

Pamiętacie, jak Izba Cywilna Sądu Najwyższego, na której orzeczenie pół Polski czekało od miesięcy, w końcu się zebrała i uradziła, że sama decyzji nie podejmie i potrzebuje najpierw opinii różnych kluczowych instytucji finansowych, w tym KNF, NBP, Rzecznika Finansowego, Rzecznika Praw Obywatelskich, a nawet Rzecznika Praw Dziecka? Z powodu zapytania o zdanie tego ostatniego jedni się śmiali, inni łapali za głowy.

No to teraz usiądźcie, bo Rzecznik Praw Dziecka właśnie stworzył swoje stanowisko w sprawie kredytów frankowych i choć nie zostało jeszcze ujawnione, „Dziennikowi Gazecie Prawnej” udało się do niego dotrzeć.

Co powiedział RPD?

Rzecznik zajmujący się sprawami dzieci zamiast odnieść się do tego, co jest istotą, raczej próbował udowadniać, że zapytanie go o zdanie nie jest takie bezsensowne, jak się mogło wydawać. Ale moim zdaniem zupełnie mu się to nie udało.

Mikołaj Pawlak, który sprawuje urząd RPD, wskazuje przede wszystkim, że przecież Konstytucja RP czy Konwencja o Prawach Dziecka ONZ mówią, że jeśli w grę wchodzą interesy dziecka, należy inaczej patrzeć na ogólne przepisy chroniące konsumenta. A więc konsument z dzieckiem to inny konsument. Ha! A więc zobaczcie, jestem tu potrzebny, bo przecież dotąd w całym sporze frankowym nikt o dzieciach nie myślał, a powinien.

Coś bardziej o samych kredytach frankowych?

RPD zwraca uwagę, że rodzic, jeśli zaciągnie kredyt, będzie musiał go co miesiąc spłacać, a wtedy będzie miał mniej pieniędzy w portfelu. A skoro tak, może ograniczać wydatki na dziecko. Ba! W skrajnych przypadkach tych pieniędzy może mu co miesiąc zostawać w portfelu tak mało, że nie będzie w stanie utrzymać dziecka i „realizować zadań wychowawczych”.

I niby, jeśli pojawią się takie poważne kłopoty, przepisy dotyczące egzekucji komorniczej uwzględniają ochronę dziecka. Ale według Mikołaja Pawlaka dodatkowo:

„(…) sąd rozstrzygający kwestię abuzywności klauzul w umowie kredytowej i skutków ewentualnego rozstrzygnięcia dotyczącego ważności tych umów lub modyfikacji jej postanowień powinien uwzględniać wówczas perspektywę ochrony dziecka.”

Drugi wątek, który podnosi RPD, to sytuacja, kiedy rodzice zawarli umowę kredytową, ale zmarli, zanim spłacili dług. Rzecznik uważa, że wówczas dziecko, które dziedziczy zobowiązanie i w ten sposób staje się dłużnikiem, powinno podlegać specjalnej ochronie. A w związku z tym Sąd Najwyższy już teraz powinien oceniać, czy w momencie zawarcia umowy kredytu walutowego nie doszło równocześnie do naruszenia praw majątkowych dziecka i jego wyzysku.

Właściwie idąc tym tropem, można by pozwać Giełdę Papierów Wartościowych, jeśli umożliwia zakup akcji ludziom, posiadającym dzieci. Hmmm, a może bardziej biura maklerskie za pośrednictwem których kupuje się akcje? No bo jak rodzic utopi swoje oszczędności na giełdzie, to dziecko po jego śmierci mniej odziedziczy.

Albo wiem, można też próbować wtedy pozywać spółkę, której akcje zostały kupione – że była źle zarządzana, przez co kurs akcji spadł, rodzic stracił oszczędności, a przez to nie może kupić dziecku nowych książek na lekcje języka angielskiego.

A forex?! Tam to przecież można stracić nie tylko maksymalnie tyle, ile się zainwestuje, ale i więcej, wpadając w długi. A jak taki lekkomyślny rodzic umrze i zostawi te długi dziecku?

Zmierzam do tego, że opinia Rzecznika Praw Dziecka na temat kredytów walutowych w ogóle nie odnosi się do kredytów walutowych. Jego ocena mogłaby równie dobrze dotyczyć każdego instrumentu finansowego i w ogóle każdego obciążenia finansowego i każdego zakupu konsumenckiego, jakie bierze na siebie rodzic.

Czyż tego samego nie można by powiedzieć w przypadku sporu klienta z biurem podróży? Rodzic kupił drogą wycieczkę, biuro podróży się z niej nie wywiązało i nie chce oddać pieniędzy, bo twierdzi, że to nie z jego winy. Idą do sądu, a tam pada argument: prawo musi być po stronie konsumenta, bo jak straci pieniądze, jego dziecko zostanie poszkodowane, bo będzie miał mniej na zaspokajanie jego potrzeb. Przecież to sprowadzanie tej dyskusji do absurdu!

Rzecznik Praw Dziecka nie ma nic do powodzenia na temat kredytów walutowych i z góry było wiadomo, że nie powinien być o to pytany, bo to nie jego rola.

KNF też unika odpowiedzi, a zamiast tego edukuje sędziów

Natomiast doskonałym podmiotem, do którego takie pytania powinny być i zostały skierowane, jest Komisja Nadzoru Finansowego. Ta również przygotowała już swoje stanowisko w tej sprawie, bo minęło już wyznaczone 30 dni. KNF jeszcze stanowiska nie ujawnił, zrobi to prawdopodobnie w ciągu kilku najbliższych dni, ale „Rzeczpospolita” już zdradza, co się w nim znajdzie.

I niektórzy i tu mogą być rozczarowani, bo według gazety KNF, który powinien mieć największą wiedzę na temat kredytów walutowych, nie zabierze jednoznacznego stanowiska. W dokumencie skupi się raczej na elemencie edukacyjnym, wyjaśni, jak od strony formalnej działały kredyty walutowe udzielane przez banki, jak były finansowane i jaki mają wpływ na sektor bankowy.

KNF wyprostuje też często podnoszoną przez frankowiczów teorię, jakoby banki obłowiły się na tych kredytach, kiedy frank szwajcarski się umocnił. To po prostu nieprawda i powtarzają ją ci, którzy zupełnie nie rozumieją, jak kredyty frankowe były skonstruowane.

KNF gra w swoją grę: przedstawia jeszcze bardziej szczegółowo wyliczenia, jakich dokonał już kilka miesięcy temu na temat wpływu różnego rodzaju rozwiązań problemu frankowego na sektor bankowy i dodaje: ugody! Trzeba zawierać ugody. Od kwestii prawnych KNF trzyma się z daleka.

Dotąd swoje stanowiska dla SN ujawnił jeszcze Rzecznik Praw Obywatelskich i Rzecznik Finansowy – oba są korzystne dla frankowiczów, ale nie jakoś radykalnie.

No i mam wrażenie, że jesteśmy nadal w tym samym miejscu, w którym byliśmy miesiąc temu. Tylko że zaczynają się wakacje, więc sprawa znowu zostanie przesunięta na jesień