Oszołomów na rowerach boję się bardziej niż kierowców. Czas ich w końcu utemperować

Słoneczny, ciepły dzień. Dochodzę do przejścia dla pieszych, rozglądam się w lewo, potem w prawo. Z jednej strony pusto, jak nie w Warszawie, z drugiej w odległości kilkudziesięciu metrów widzę nadciągającego rowerzystę. Kolejnych kilkadziesiąt metrów dalej ciągnie się karawana samochodów.

No to wchodzę, jako pierwszy mam przecież pierwszeństwo, pomyślałem. Nie rzucam się nikomu pod koła, widoczność jest dobra, kierowcy mają dużo czasu na reakcję.

Bizblog.pl poleca

I dzieje się tak, jak się spodziewałem. Prowadzący samochody stopniowo zwalniają, nie chcąc zapewne hamować tuż przed pasami. Jedna osoba uznała jednak, że pierwszeństwo dla pieszego to tylko wskazówka. Tak, dobrze podejrzewacie, chodzi o rowerzystę. Mężczyzna, na oko, 30-letni, rozpędzony wpadł na przejście, nerwowym ruchem ściągnął kierownicę w lewo i w ostatniej chwili wyminął mnie na zebrze.

Zagapił się? Zamyślił? Różne scenariusze śmignęły mi przez głowę. Ludzka percepcja bywa zawodna. Mam to na uwadze, ilekroć włączam się do ruchu ulicznego jako pieszy albo prowadząc samochód.

Pudło. Rowerzysta zwalnia tuż za pasami i odwraca się w moim kierunku. Potężnie wkurzony podnosi pięść i zaczyna mi wygrażać.

Rowery, wszędzie rowery

Możecie pomyśleć, że to tylko obrazek z warszawskiej ulicy. Przyznaję, zdarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu. Mam nadzieję, że ostatni. Wolałbym jednak, żeby ta nadzieja nie była oparta wyłącznie na wierze w zdrowy rozsądek Polaków. Chciałbym, żeby ktoś wreszcie zauważył, że rowery i hulajnogi cieszą się coraz większym wzięciem.

Bo serio, momentami przechodząc przez ścieżki rowerowe, czuję się mniej bezpiecznie, niż przecinając ulicę na przejściu bez świateł.

Nie wydaje mi się, żeby była to wina jakiegoś zbydlęcenia obyczajów wśród posiadaczy rowerów. Na dwa kółka przesiada się coraz więcej osób. Część z nich nie ma doświadczenia w poruszaniu się po mieście, lawirowaniu między rozrastającą się liczbą ścieżek rowerowych a koniecznością ustawicznego zjeżdżania na ulicę i włączaniu się do ruchu samochodowego. Część z nich być może nie zna nawet przepisów ruchu drogowego. Nikt tego przecież od nich nie wymaga.

Ale jest jeszcze jedna kategoria. To niereformowalne oszołomy. Ze słuchawkami w uszach, mijający pozostałych rowerzystów jak slalomowe tyczki i traktujący sygnalizację jako przeszkodę, którą można ominąć wystarczająco mocno, stając na pedałach. Po mieście poruszają się z gracją legendarnych już posiadaczy BMW. Tego typu posiadaczy:

źr: Besty.pl

W godzinach szczytu ścieżki rowerowe są pełne rowerzystów i hulajnogistów. Jadąc na dwuśladzie, trzeba uważać na pozostałych użytkowników, reagować z wyprzedzeniem na zapalające się czerwone i pamiętać, że ścieżki lubią przecinać się z chodnikiem. Czasami w mało oczywistych miejscach.

Wiara w to, że wszyscy uczestnicy tej mijanki zachowają czujność i będą respektować prawa pieszych, jest tak naiwna, jak nadzieja, że kierowcy będą jeździć ostrożnie bez znaków ograniczenia prędkości wspartych policyjnymi tajniakami i fotoradarami.

Hulajnogi i rowery. Będzie gorzej

Koronawirus przyniósł zasadniczą zmianę. Polacy rzucili się do kupowania rowerów. Z badania Nationale-Nederlanden dowiadujemy się, że 92 proc. osób posiada własny rower, a co czwarta zakupiła go w ciągu ostatniego roku.

Podobny odsetek deklaruje, że zamierza zainwestować w nowy pojazd w nadchodzącym czasie

– czytamy w raporcie

Widzicie? Będzie już tylko gorzej. Nie ma wyjścia, trzeba wziąć się za regulacje.

Osobiście zacząłbym od obowiązku posiadania ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków. Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że NNW wykupił tylko co trzeci posiadacz hulajnogi i rowerzysta. Sondaż potwierdza też ogromną popularność takiej formy transportu. Korzysta z niej 90 proc. Polaków. Ponad połowa rusza na ścieżkę rowerową przynajmniej raz w tygodniu, a co trzeci użytkownik nawet częściej.

Do tego dorzuciłbym obowiązkowe OC. Bo rowerzyści nie tylko padają ofiarami wypadków, ale często sami je powodują. Prym wiodą oczywiście kierowcy, ale ich liczba z roku na rok się zmniejsza. W przeciwieństwie do ich pedałujących kolegów:

Oto 2016 r.:

źr: raport Wypadki drogowe w Polsce

Oto 2017 r:

źr: raport Wypadki drogowe w Polsce

W 2018 r. znów mamy spadek wypadków z winy kierowców. I jednocześnie lekki wzrost wśród rowerzystów:

źr: raport Wypadki drogowe w Polsce

W 2019 r. rowerzyści twardo trzymają się liczby 1,5-1,7 tys. spowodowanych wypadków rocznie.

źr: raport Wypadki drogowe w Polsce

Duży spadek we wszystkich kategoriach mamy dopiero w pandemicznym 2020 r.

źr: raport Wypadki drogowe w Polsce

Tyle tytułem ogólnych zmian. Dla piratów rowerowych i hulajnogowych świrów mam jeszcze coś specjalnego.

Nowy taryfikator kar

Pisałem niedawno, że kary dla kierowców są śmiesznie niskie i w żaden sposób nie zniechęcają do nieprzepisowej jazdy. Pięćset złotych za rażące przekroczenie prędkości? Żart. Przecież niejedna rodzina wydaje tyle na zakupy w Biedronce.

Z rowerzystami jest ten sam problem. Przykład: za przejechanie na czerwonym samochodem możemy dostać do 500 zł. Wystarczy jednak, że przesiądziemy się na rower i kara spadnie do 100 zł.

Mandat za gadanie przez telefon przy uchu w trakcie jazdy? 200 zł, tyle samo, co w przypadku samochodu. I w jednym i w drugim wypadku stanowczo za mało.

Idąc dalej, kara za nietrzymanie rąk na kierownicy – 50 zł. Za niesprawny rower policja może nam wystawić rachunek zaczynający się od… 20 zł., Górne widełki – 500 zł – przeznaczone są prawdopodobnie tylko dla kompletnych gratów.

Śmiechem jest już w ogóle mandat za nieustąpienie pierwszeństwa pieszym na drodze dla rowerów i pieszych. Uwaga – chodzi o 50 zł. Wow. Trzeba będzie odpuścić sobie kupno markowego bidonu.

A ja bym chciał żeby nie tylko bidonu. Na początek niech będzie to równowartość rasowych tarcz hamulcowych.

Infrastruktura jest do bani

Potężnym problemem pozostaje też infrastruktura. Miejsce przecięcia chodnika ze ścieżką jest często niewidoczne. Zarządcy nie kwapią się do malowania czerwonych linii, a takie nieoznaczone skrzyżowania to przecież potencjalni kandydaci do miana czarnych punktów.

Inna kwestią są skrzyżowania z drogami. Żywopłoty czy ekrany dźwiękoszczelne uniemożliwiają kierowcom dostrzeżenie z daleka rowerzysty prującego 30, czy 40 km/h. Wjechanie przodem samochodu na ścieżkę grozi wypadkiem. Nie ma rady. Trzeba byłoby zabierać w podróże pasażera, który będzie wychodził z pojazdu i kierował ruchem na skrzyżowaniach. Prawie jak w XIX wieku w Anglii, gdzie parlament nakazał, by przed każdym samochodem szedł człowiek z czerwoną chorągiewką.

Dlatego równie ważne, co dokręcanie śruby przepisami, jest też dopasowanie infrastruktury do nowych realiów. Takich, w których na ścieżkach rowerowych w centrum w godzinach szczytu tworzą się korki. Ignorowanie takiej masy ludzi to prosty przepis na kolejne tragedie. W przypadku pieszych władze Warszawy już się połapały, że coś jest nie tak. Przed nami masowe doświetlanie zebr:

Teraz trzeba pójść dalej i zadbać o innych uczestników ruchu.

Tylko bez wyzwisk w komentarzach!

Możemy wyzywać się od pedalarzy, samochodziarzy i rozkapryszonych pieszych, ale po co? Głupie etykietki antagonizują społeczeństwo, zamiast skupić się na rozwiązywaniu problemów. A to ostatnie wydaje mi się całkiem proste.