Rosja zakręciła naftowy kurek Białorusi. Czy Polska powinna pomóc Łukaszence?

1 stycznia nie przyniósł nam europejskiej wojny gazowej, ale zaskoczył eskalacją napięcia w sektorze naftowym. Ropa z Rosji przestała płynąć na Białoruś. To duży problem dla Aleksandra Łukaszenki, który będzie ubiegać się w tym roku o reelekcję.  

Fot. Kremlin.ru

Białoruś i Rosja od miesięcy intensywnie negocjują zacieśnienie integracji. Newralgicznym momentem tego procesu było grudniowe spotkanie w Soczi pomiędzy prezydentami Aleksandrem Łukaszenką i Władimirem Putinem. Były to symboliczne rozmowy odbywające się w dwudziestą rocznicę powołania białorusko-rosyjskiego państwa związkowego. Polska prasa opisywała to wydarzenie z rosnącym niepokojem. Sukces Kremla mógłby oznaczać, że regularne zwiększanie zależności Białorusi od Rosji w bliskim horyzoncie czasowym skończyłoby się jej ostatecznym wchłonięciem . Ostatecznie rozmowy dwustronne zakończyły się fiaskiem, czego skutki możemy obserwować dziś.

Bizblog.pl poleca:

Władimir Putin postanowił ukarać Aleksandra Łukaszenkę i sięgnął po znaną sobie metodę wymuszania posłuszeństwa przez szantaż energetyczny. Ponad 20 proc. białoruskich wpływów do budżetu centralnego to zyski z eksportu ropy przerabianej w dwóch rafineriach w Mozyrzu i Nowopołocku. Surowiec pochodzi z Rosji, na co wpływają czynniki historyczne takie jak ułożenie głównego systemu rurociągowego Przyjaźń na linii wschód-zachód. Tłoczy on ropę z Syberii Zachodniej przez Białoruś północną odnogą do Polski i Niemiec, a południową na Ukrainę i dalej na Słowację, Węgry i do Czech. Zapotrzebowanie Białorusi i jej zakładów petrochemicznych na rosyjski surowiec jest duże i sięga powyżej 20 mln ton rocznie.  

W tym kontekście nie powinno nikogo dziwić to, że ropa szybko stała się jednym z kluczowych elementów sporu na linii Mińsk-Moskwa. Od 1 stycznia, jak raportują media, przestała ona płynąć na Białoruś, choć tranzyt do krajów takich jak Polska czy Niemcy jest nadal realizowany. Obecnie rafinerie w Mozyrzu i Nowopołocku korzystają ze skromnych zapasów surowca i prowadzą normalny przerób, ale to może się zmienić w ciągu kilku tygodni.

Co czeka nas w najbliższym czasie? 

Przede wszystkim należy podkreślić, że konflikty naftowe pomiędzy Rosją i Białorusią wybuchają regularnie od dekad i zwykle nie przybierają form zagrażających polskiemu rynkowi. Na razie zresztą tranzyt jest realizowany, ale nawet gdyby surowiec z systemu rurociągowego „Przyjaźń” przestał do nas płynąć, to spółki, takie jak PKN Orlen i Grupa Lotos, posiadają w swoich kontraktach z rosyjskimi dostawcami klauzulę umożliwiającą realizację dostaw morskich poprzez terminal naftowy w Gdańsku. A jeśli Rosjanie nie wywiążą się z tych zapisów?

Ubiegłoroczna sytuacja kryzysowa związana z zanieczyszczeniem rosyjskiej ropy pokazała, że Polska dzięki posiadanemu „naftoportowi” radzi sobie z odbiorem dużych ilości surowca przez Bałtyk, nawet gdy nie płynie on systemem „Przyjaźń”. Takie dostawy można również uzupełnić zapasami z magazynów. Gra toczy się więc o Białoruś i teoretycznie nie zagraża naszemu bezpieczeństwu energetycznemu. Co innego bezpieczeństwu jako takiemu.  

Rosnący nacisk gospodarczy Kremla na naszego wschodniego sąsiada może doprowadzić w niedalekiej perspektywie do jego całkowitego podporządkowania. Oczywiście malkontenci stwierdzą, że już dziś reżim Łukaszenki to satelita rosyjski i będą mieć sporo racji. Mimo to zachowuje on nadal sporo niezależności, m.in. nie zgadzając się na budowę nowej bazy lotniczej na potrzeby lotnictwa Federacji Rosyjskiej. To się może jednak zmienić i byłoby to skrajnie niekorzystne dla Polski. 

Czy Polska powinna wesprzeć Białoruś?

Powinniśmy bacznie przyglądać się przebiegowi białorusko-rosyjskiego konfliktu naftowego, a być może wspomóc w nim Mińsk. Jeśli napięcie będzie eskalowało, to władze Białorusi znajdą się w trudnym położeniu, tym bardziej, że w tym roku odbędą się wybory prezydenckie w tym kraju. W takiej konfiguracji Łukaszenka ma ograniczone pole manewru. Czy sięgnie po ropę przeznaczoną na tranzyt? A może uruchomi alternatywne dostawy? 

O dywersyfikacji importu ropy do białoruskich rafinerii mówi się od lat. Ostatnie miesiące to intensyfikacja działań reżimu, który zapowiadał kupno ropy przez Polskę, kraje bałtyckie bądź Ukrainę. Oczywiście można wyobrazić sobie eksport surowca ze Stanów Zjednoczonych na Białoruś w ramach łączonych dostaw realizowanych dla PKN Orlen przez terminale w Gdańsku czy Butyndze. Przy wsparciu amerykańskim to rzeczywiście mogłoby się udać. Ale czy dziś w Waszyngtonie rzeczywiście jest wola by to zrobić?

Odwilż na linii Waszyngton – Mińsk wyraźnie wyhamowała po zmianie na stanowisku doradcy ds. bezpieczeństwa prezydenta USA, które opuścił John Bolton. Natomiast kupno ropy przez Ukrainę wydaje się bez lokalnego partnera nieopłacalna ze względu na koszty logistyczne. Nawet w optymistycznym wariancie trudno wyobrazić sobie by z dnia na dzień zastąpiono ponad 20 mln ton ropy surowcem z nierosyjskich źródeł.

Piotr Maciążek: publicysta specjalizujący się w tematyce sektora energetycznego. W 2018 r. nominowany do najważniejszych nagród dziennikarskich (Grand Press, Mediatory) za stworzenie fikcyjnego eksperta Piotra Niewiechowicza, który pozyskał wrażliwe informacje o projekcie Baltic Pipe z otoczenia ministra Piotra Naimskiego. Autor książki „Stawka większa niż gaz” (Arbitror 2018 r.), współautor książki Młoda myśl wschodnia (Kolegium Europy Wschodniej 2014 r.). Obecnie pracuje nad kolejnym tytułem – tym razem dotyczącym polskich służb specjalnych.