Rewolucja w L4. Jak Polacy dowiedzą się o zmianach, będą przerażeni

Projekt ustawy zmieniający zasady udzielania zwolnienia lekarskiego ma być już gotowy. Nowe L4 ma przede wszystkim uderzyć w tych, którzy dla wolnego od pracy symulują chorobę. Ale i tak oberwą przy okazji ci naprawdę niezdolni do pracy.

ZUS szuka pieniędzy. Coraz bardziej starzejące się społeczeństwo otulone grubym socjalnym kocykiem z roku na rok kosztuje coraz więcej. I chociaż Zakład przekonuje, że tak nie jest – jesteśmy świadkami wzmożonych kontroli kobiet, które będąc na własnej działalności gospodarczej urodziły dziecko i z tego tytułu pobierały świadczenia. 

Dlatego od przyszłego roku ozusowane zostaną wszystkie umowy zlecenia. Taki zabieg przyniesie ZUS-owi dodatkowe 3 mld zł. To niewiele mniej niż połowa kwoty potrzebnej na wypłatę trzynastej emerytury. Jest się więc o co bić.

I z tego samego powodu podjęto temat zniesienia limitu składek.

Zwolnienia lekarskie pod lupą ZUS

Skoro Zakład rozgląda się za gotówką dookoła, to było pewne, że w końcu Sauronowe oko jego księgowych spocznie na zasiłkach chorobowych. Zwłaszcza że ich zdaniem od lat jest tam dziura, przez które wysączają się bezkarnie państwowe pieniądze. Z danych Zakładu wynika, że w 2017 r. pracownicy ubezpieczeni łącznie przechorowali 246 mln dni. W tym okresie zarejestrowano 21,4 mln zaświadczeń lekarskich o czasowej niezdolności do pracy. Co ciekawe na przestrzeni ostatnich lat systematycznie rośnie suma dni z niezdolnością do pracy wynikającą ze zwolnienia lekarskiego. Ale nie zmienia się za to średni okres L4 i niezmiennie wynosi ok. 13 dni. 

Dla ZUS najgorsze jest to, że nawet połowę zaświadczeń lekarskich wystawiono na okres nie dłuższy niż 7,6 dnia, a najczęstszą długością L4 było 4,38 dnia. A w takim przypadku przeprowadzenie skutecznej kontroli i dowiedzenie, że chory symuluje i naciąga Zakład na świadczenie – jest praktycznie niemożliwe. Ale inspektorzy dwoją się i troją, w efekcie czego tylko w IV kwartale 2018 r. wydano 9,2 tys. decyzji wstrzymujących dalszą wypłatę zasiłków chorobowych. To najwięcej od trzech lat. Z kolei tylko od stycznie do czerwca 2019 r. w Warszawie skontrolowano 5110 osób i w 499 przypadkach zasiłki cofnięto. Ale potrzebny jest jakiś bardziej systemowy mechanizm, bardziej efektywny, żeby pieniędzy w kasie ZUS zostawało jeszcze więcej. Stąd pomysł: zmiana prawa.

Nowe L4 po 90 dniach pracy

Rządzący tak chcą zmodyfikować regulacje prawne, by o zwolnienie lekarskie było po prostu trudniej. A jak trudniej to rzadziej. A jak rzadziej to znaczy, że taniej i więcej kasy zostanie w ZUS. Dlatego w projekcie nowej ustawy, który ma być już gotowy, zakłada się, że w przypadku umowy o pracę, żeby otrzymać świadczenie, okres zatrudnienia u danego pracodawcy musi wynieść minimum 90 dni, zamiast dotychczasowych 30. W przypadku samozatrudnienia – okres ten wydłużony jest z 90 dni do 180.

Na tym nie koniec zmian. Inaczej miałyby być traktowane kolejne zwolnienia lekarskie – trwające co najmniej 30 dni. Wedle dzisiaj obowiązujących przepisów świadczenia w pełni pokrywane są wtedy przez ZUS już bez udziału pracodawcy. Ustawodawca proponuje teraz, żeby kolejne chorobowe powyżej 30 dni było możliwe dopiero po upływie następnych 90 dni (lub 180 na działalności gospodarczej), licząc od zakończenia poprzedniej niezdolności do pracy. A co jeżeli choroba nie będzie do końca znać się na kalendarzu i zaatakuje wcześniej, przed upływem tego terminu? Niezdolność do pracy jak najbardziej uzyskamy, ale ZUS nie zapłaci za to ani grosza. Nowe przepisy mają po równie traktować wszystkich zatrudnionych. I tych nowych, i tych z wieloletnim stażem, jak również prowadzących własną działalność gospodarczą. Zmiany nie ominą także zasiłku macierzyńskiego i opiekuńczego. 

Zakład po zmianach będzie miał lepiej. Gorzej chorzy

Eksperci są zgodni: taka zmiana z pewnością spowoduje więcej gotówki w kasie ZUS, ale wprowadzanie odpowiedzialności zbiorowej to skandal.

Zdaniem Andrzeja Radzikowskiego, szefa Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, poszkodowanymi za to będą sami chorzy.

Jestem zaskoczony propozycją rządu. To wprowadzenie zbiorowej odpowiedzialności. Należy piętnować i karać osoby, które nadużywają zwolnień, a nie wszystkich Polaków!

– uważa szef OPZZ

W podobnym tonie w rozmowie z money.pl, wypowiada się Witold Michałek, dyrektor Federacji Polskich Pacjentów i członek Rady Dialogu Społecznego. Uważa proponowane przepisy za absurdalne. Przede wszystkim z tego powodu, że żadnej choroby nie da się zaplanować.

Przerzucenie kosztu choroby na samego pacjenta jest trudne do zaakceptowania. Czeka nas prawdopodobnie ostra dyskusja

– zapowiada.

ZUS mógłby pisać poradnik pt. „Jak wylać dziecko z kąpielą”

Nie czarujmy się. Polacy zbyt łatwo i zbyt chętnie korzystają ze zwolnień lekarskich jako sposobu na więcej wolnego od pracy. I pewnie jakieś zmiany są potrzebne, żeby przynajmniej ów proceder ukrócić.

Jednak wrzucanie wszystkich do jednego wora i odgórne traktowanie chorych jak potencjalnych oszustów będzie z pewnością źle oddziaływać dla tych, którzy naprawdę mają problemy ze zdrowiem. I to pech chciał: zazwyczaj w krótszych odstępach czasu niż 90 dni. Lekarze wskazują na cierpiących na dolegliwości z kręgosłupem i stawami. Bardzo często przecież tacy ludzie po powrocie z jednego zwolnienia lekarskiego są zmuszeni do kolejnego. Innym przykładem są alergicy, którzy bywa, że czy tego chcą czy nie po prostu co parę tygodni muszą wziąć parę dni wolnego. Po zmianach przepisów nikt im następnych L4 nie odmówi, ale też nikt za taką niezdolność do pracy im wtedy nie zapłaci.

Bardzo łatwo można też sobie wyobrazić pacjenta onkologicznego, którego stan zdrowia pogarsza się przed upływem owych 90 dni (a nawet 180 jeżeli chory prowadzi własny biznes) i jest zmuszony do brania kolejnego zwolnienie lekarskiego, za które jednak według proponowanych przepisów ZUS mu złamanej złotówki nie da. 

Chorzy pójdą do pracy i będą mniej efektywni

Czy proponowane zmiany przepisów spowodują, że Polacy nagle przestaną chorować? To raczej niemożliwe. Ale lekarze uważają, że będziemy za to świadkami innego zjawiska, czyli prezenteizmu.

Mamy z nim do czynienia wtedy, kiedy chorym na L4 nie opłaca się przebywać, i nie zważając uwagi na własne ani na zdrowie współpracowników, idą do pracy. Wcześniej było to powodowane przede wszystkim strachem przed utratą pracy. Jeszcze kilka lat temu sytuacja na rynku pracy, determinowała takie postawy. Ale po zmianach regulacji dotyczących zwolnienie lekarskiego ludzie tak będą robić, żeby nie stracić pieniędzy.

Chory jest mniej efektywnym pracownikiem, na czym traci pracodawca. Ale co tam, grunt że ZUS będzie zadowolony.