Górnicy na wieść o rekonstrukcji rządu kupili czipsy. Wypatrują kogoś, kto zajmie się ich sprawami

Jak wskazuje polityczna tradycja, po wyborach rząd czeka rekonstrukcja. Może tym razem władza jednak górnictwa nie pokpi i wskaże kto konkretnie i w jaki sposób będzie w najbliższym czasie zajmował się tą branżą, która chyba dalej przed głęboką reformą nie da rady uciekać.

Podobno premier Mateusz Morawiecki, który w ostatnim czasie, zamiast organizować posiedzenia rządu, jeździł po Polsce i chwalił prezydenta, poczuł się na tyle mocno, że trzeba mu trochę ostudzić nastroje. Na tego, który to zrobi najlepiej, wytypowano nieformalnego szefa Telewizji Polskiej – Jacka Kurskiego.

Bizblog.pl poleca

W efekcie już po wyborczej gorączce niespodziewanie w Wiadomościach TVP usłyszeliśmy krytykę rządu, którego szef miał pozwolić na płacenie za reklamy w prasie obecnej władzy nieprzychylnej. I w kolejnych wydaniach serwisu informacyjnego będziemy takich uwag słyszeć zdecydowanie więcej.

Temperaturę tego powracającego wszak nie pierwszy raz sporu podgrzewają dość wiarygodne doniesienia o rychłej rekonstrukcji rządu. 

Teraz, gdy do następnych wyborów jest prawie 3,5 roku (o ile nic się nieprzewidywanego nie zdarzy), rząd Mateusza Morawieckiego może już na spokojnie poukładać na nowo klocki. Te wewnętrzne też. I chociaż dzisiaj trudno wyobrazić sobie zmianę na stanowisku samego premiera, to jak najbardziej można mówić o presji wywieranej na szefie rządu. To zaś może spowodować, że skład gabinetu już po zapowiadanej rekonstrukcji, nie do końca będzie po myśli samego Morawieckiego, a bardziej partyjnej wierchuszki. 

Rekonstrukcja rządu najbardziej interesuje górników

W takim razie za chwilę będziemy świadkami karuzeli pytań i domysłów. Kto na szefa resortu inwestycji? A kto się zajmie rolnictwem i nowymi technologiami? W czyje ręce trafi resort sprawiedliwości? Wśród tych szukających odpowiedzi bodaj najliczniejszą grupę mogą stanowić górnicy. Nie, nie dlatego, że niby znowu chcą wyciągać rękę do rządu po rekonstrukcji. Bardziej z tej przyczyny, że do tej pory takiej osoby w gabinecie Mateusza Morawieckiego tak naprawdę po prostu nie było. A powinna być.

Jacek Sasin, jako szef Ministerstwa Aktywów Państwowych, na Śląsku nie ma dobrej opinii. Zresztą sam sobie jest winien. Nie kto inny przecież jak właśnie on już w tym roku zapowiadał np., że polskie spółki energetyczne będą od tej pory kupować wyłącznie polski węgiel, co w pewien sposób ma ukrócić import z Rosji. Inną receptą na przykopalniane zwały miał być centralny magazyn węgla. Z jednego i z drugiego nic jednak nie wyszło. Polskie kopalnie tak jak produkowały więcej, niż sprzedawały, tak robią to nadal. Efekt? Przykopalniane zwały mają już blisko 8 mln ton węgla. Przypomnijmy: w całym 2019 r. import rosyjskiego węgla zamknął się liczbą 10,74 mln ton.

Pełnomocnik, którego nikt nie widział

Ale zaraz, zaraz. Może i rekonstrukcja całego obecnego rządu jest konieczna, ale tworzenie jakiegoś specjalnego stanowiska dla górników wydaje się całkowicie zbędne. W obecnym składzie gabinetu Mateusza Morawieckiego jest pełnomocnik ds. górnictwa. To Jonasz Drabek, powołany do rządu w pierwszej połowie maja. Najwyraźniej postanowił działać na przekór swojemu poprzednikowi, który najprawdopodobniej stracił pracę, bo zaczynał zbyt głośno mówić o koniecznej redukcji produkcji, co w oczywisty sposób wiąże się z zamykaniem części kopalń.

Dlatego taktyka Jonasza Drabka jest prosta: nie wychylać się zbytnio. I rzeczywiście: od czasu powołania na stanowisko górniczego pełnomocnika na darmo szukać jakiejś jego aktywności. Drabek nie tyle się nie wychyla, co po prostu schował się, także przed górniczymi związkowcami, którzy przyznają, że nawet z nim ani razu nie rozmawiali.

A polskie górnictwo jest na rozdrożu

I może nie byłoby powodu czepiać się takiej postawy pełnomocnika rządu ds. górnictwa, gdyby w branży było w miarę spokojnie i tak samo idyllicznie kreśliła się przyszłość sektora. Ale przecież jest zgoła inaczej. Tylko w tamtym roku polskie górnictwo straciło 1 mld zł. I nic nie wskazuje, żeby w tym było lepiej. UE po pandemii najwyraźniej jeszcze bardziej chce skręcić w zielone. I już to widać chociażby w cenach uprawnień do emisji CO2, które powoli zbliżają się do poziomu 30 euro. Pamiętacie zawirowania sprzed dwóch lat w sprawie cen energii w Polsce? Wtedy cena emisji tony dwutlenku węgla podskoczyła z ok. 5-6 do przeszło 25 euro. I zaczęły się dla nas kłopoty.

Od węgla odwracają się już wszyscy, potwierdzając przy okazji nieśmiertelne prawo ekonomii, że jak coś przestaje być popularne, to zazwyczaj traci na wartości. Nie inaczej jest w przypadku „czarnego złota”. Wiedzą to i w Polskiej Grupie Energetycznej, która za chwile może podjąć decyzję o pozbyciu się aktów węglowych i też w Orlenie, który owszem może zainwestuje w Elektrownie Ostrołęka, o ile węgiel zastąpi tam gaz. I chyba nigdy wcześniej górnicza brać nie trzymała kciuków tak mocno, jak teraz – przy okazji mającej nadejść rekonstrukcji rządu. Chcą tylko, żeby w nowym składzie pojawiła się osoba, która nie dość, że też to wszystko będzie wiedziała, to jeszcze w dodatku będzie miała pomysł na dalsze kroki, które, tak czy inaczej, trzeba będzie postawić.