Los całej Europy w rękach Niemców. A to nic dobrego nie wróży ani Unii, ani Polsce

Niemcy to największa gospodarka Europy i są poważne podejrzenia, że to gospodarka, która już jest w recesji. Jeśli tak, to zdecydowanie rośnie ryzyko, że w recesji znajdzie się też cała strefa euro, a wkrótce reszta Europy. Problem polega na tym, że Niemcy zachowują się tak, jakby im to w ogóle nie przeszkadzało.

Wskaźnik Ifo, który jest sondażem przeprowadzanym wśród niemieckich firm, spadł właśnie do poziomu najniższego od 2013 roku, co wskazuje, że nastroje w tych firmach są fatalne. Oceny dotyczące sytuacji bieżącej są najgorsze od trzech lat, a oczekiwania dotyczące najbliższych miesięcy najgorsze od 2009 roku, czyli okresu, kiedy cały świat był w kryzysie po bankructwie Lehman Brothers.

Instytut, które te badania przeprowadza w komentarzu stwierdza, że w najważniejszych gałęziach niemieckiego przemysłu rozprzestrzenia się recesja.

Inny wskaźnik PMI, mierzący aktywność w sektorze przemysłowym jest najniżej od 2012 roku (w którym bankrutowała Grecja, a strefa euro wchodziła w recesję). Jego wykres wygląda przeokropnie – od początku 2018 roku mamy jeden długi, nieustający spadek, który udało się powstrzymać parę miesięcy temu. Ale zamiast większego odbicia wskaźnik właśnie teraz ponownie zaczyna spadać coraz niżej

Główną przyczyną zapaści niemieckiego przemysłu są topniejące zamówienia eksportowe. Wyglądają one obecnie najgorzej od 2009 roku. Spowolnienie gospodarcze chociażby w Chinach, ale także w innych państwach powoduje, że ludzie zamożni na wszystkich kontynentach kupują nieco mniej Mercedesów, czy Audi niż parę lat temu, a firmy składają mniej zamówień chociażby w Siemensie, czy ThyssenKruppie.

Sprawa wygląda bardzo poważnie i jak zauważa na przykład Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole Bank Polska, może zaszkodzić także polskiej gospodarce

Na tym właściwie można by zakończyć i pozostać w zadumie nad przyszłością polskiej gospodarki, ale w sprawie gospodarki niemieckiej jeszcze coś innego, co jest wręcz fascynujące.

Bizblog.pl poleca:

Niemcy przerażeni zapowiedziami EBC

Słabość Niemiec oczywiście przekłada się na coraz słabsze wyniki całej strefy euro. W związku z tym Europejski Bank Centralny właśnie szykuje się do kolejnej obniżki stóp procentowych, a zapewne także innych nadzwyczajnych działań, aby ułatwić ponowne ożywienie gospodarcze. Nie wszystkim to się podoba, a najgłośniej przeciwko takim planom ożywiania protestują… Niemcy.

Chodzi im o to, że stopy w ECB już są ekstremalnie nisko, przez co niemożliwe jest zarabianie na lokatach bankowych (a Niemcy lubią tradycyjne formy oszczędzania, kochają więc lokaty). Kolejne obniżki budzą w nich szczere przerażenie. Jednak szef ECB Mario Draghi ma w tej sprawie proste przesłanie pod adresem niemieckiego rządu.

Na ostatniej konferencji prasowej w czwartek powiedział to wprost: jeśli sytuacja w strefie euro będzie się dalej pogarszać, to ECB samą tylko polityką pieniężną niczego nie zdziała i konieczne będą ruchy ze strony rządu i jego polityki fiskalnej. I to będzie kluczowe.

Aby ożywić omdlewającą gospodarkę, potrzeba jej zrobić zastrzyk z pieniędzy. A kiedy biznes prywatny się boi iść do przodu, wtedy musi wystąpić rząd, wziąć ten biznes za rękę, i ciągnąc go do przodu tak długo, aż przestanie się bać i znowu da radę kręcić gospodarką samodzielnie. Mówiąc wprost: Niemcy potrzebują trochę deficytu budżetowego, który można osiągnąć albo obniżając podatki (co może ożywić gospodarkę), albo zwiększając wydatki (co może ożywić gospodarkę). To samo zresztą od pewnego czasu sugeruje Niemcom Międzynarodowy Fundusz Walutowy, co samo w sobie brzmi sensacyjnie, bo MFW nie należy do instytucji promujących nadmierne wydawanie budżetowych pieniędzy. Ale w przypadku akurat Niemiec uznał, że to miałoby sens.

Niemcy już od paru lat mają nadwyżki budżetowe, co wygląda imponująco, ale oznacza też, że rząd więcej z gospodarki prywatnej zabiera, niż do niej dorzuca. Przy dobrej koniunkturze to nie czyni katastrofy, ale dane wskazują, że koniunktura w Niemczech właśnie robi się dramatycznie zła. Wydaje się więc, że sprawa jest prosta. Trzeba poluzować fiskalne śruby i gospodarka się odbije.

Polecamy tego autora:

Niemcy: nic nie będziemy luzować!

I tu wchodzi niemiecki minister finansów Olaf Scholz. I mówi agencji Bloomberg, że on nie widzi potrzeby luzowania polityki fiskalnej, bo przecież nie ma żadnego kryzysu. I zupełnie sensownie argumentuje, że nie może być mowy o kryzysie, skoro stopa bezrobocia w Niemczech jest na rekordowo niskim poziomie, gdzieś w okolicach trzech procent. Faktycznie, patrząc od tej strony wszystko wygląda doskonale. Ale wiemy przecież z całej masy innych wskaźników, że Niemcy zapewne właśnie wchodzą w recesję. Dożyliśmy więc czasów, w których gospodarka może jednocześnie być w recesji i mieć rekordowo niskie bezrobocie, co jest absolutnie fascynujące samo w sobie.

Przyczyną jest oczywiście demografia, która faktycznie może sprawiać, że w starzejącym się społeczeństwie nawet przy recesji bezrobocie nie urośnie zbyt mocno, bo generalnie ludzi na rynku pracy jest coraz mniej i brakuje pracowników, a nie pracy. Ale skoro tak, to można zadać sobie pytanie: po co w takim razie walczyć z recesją? Dotychczas zawsze głównym powodem było właśnie wysokie bezrobocie i kryjące się za nim ludzkie dramaty, których można było uniknąć, stosując ekspansywną, łagodniejszą politykę fiskalną. Skoro tym razem bezrobocie nie rośnie, to co nas, tzn. ich ta recesja w ogóle obchodzi?

To będzie cios dla Polski

Niestety Niemcy są największą gospodarką w Europie i ich recesja będzie miała spore szanse wylać się za granicę i objąć także inne kraje europejskie, w tym takie, w których stopa bezrobocia jest znacznie wyżej. Decydując się na nieco deficytu budżetowego, Niemcy nie ryzykowaliby wiele, bo ich dług nie jest zbyt duży, a popyt na ich obligacje jest przeogromny. Jednocześnie pomogliby ożywić koniunkturę w całej strefie euro, czyli możliwe, że byliby w stanie uczynić to, czego np. Włosi, czy Portugalczycy samodzielnie raczej nie dadzą rady zrobić. Ale Niemcy nie chcą tego robić, bo wolą mieć budżetowe nadwyżki.

Argumentu, że przy deficycie budżetowym i większej emisji obligacji mogłyby one nieco potanieć i wtedy automatycznie stopy procentowe na rynku by wzrosły, co mogłoby oznaczać, że znów jest sens oszczędzać na lokatach, też nie chcą słuchać.

To, czy w razie zaostrzenia wojny handlowej z USA, albo twardego brexitu nadal będą się upierać przy swoim, czy może dadzą się przekonać, jest dziś jednym z najważniejszych pytań w światowej gospodarce. Jeśli nie zmienią zdania, a gospodarka będzie dalej zwalniać, wtedy ciekaw jestem, jaką stopę bezrobocia i tempo wzrostu PKB będziemy mieć my za jakiś rok. I nie jestem tutaj optymistą.