Rachunki za prąd spustoszą wam portfele. I wcale nie chodzi o tę ostatnią śmieszną podwyżkę

Nie ma co narzekać na nowe taryfy spółek energetycznych i opłatę mocową. Prawdziwym game-changerem ceny energii w Polsce będzie koszt emisji jednej tony CO2. Po ustaleniu nowego celu klimatycznego w UE szybuje na rekordowe poziomy.

Ostatnie tygodnie pod względem przyszłych cen energii w Polsce są co najmniej kiepskie. Najpierw prezes Urzędu Regulacji Energetyki poinformował o doliczanej do przyszłorocznych rachunków opłacie mocowej. To finansowanie utrzymywania rezerw energii przez elektrownie węglowe ma nas kosztować od 22,44 do nawet 125,52 zł rocznie. Potem usłyszeliśmy o zatwierdzeniu taryf na sprzedaż energii trzem spółka energetycznym (Enea, PGE Obrót oraz Tauron). I z tego względu też cena energii ma pójść w górę. Średnio o 3,5 proc., czyli ok. 1,5 zł miesięcznie więcej – ok. 18 zł w skali roku.

Bizblog.pl poleca

Jednak te podwyżki to nic w porównaniu z tym, co nas czeka w związku ze wzrostem cen emisji CO2, zwłaszcza po przyjęciu nowego celu klimatycznego, zakładającego redukcję emisji CO2 do 2030 r. o 55 a nie jak było o 40 proc.

Dane z europejskiego systemu handlu uprawnieniami do emisji (ETS) są jednoznaczne: skoro mamy szybciej jednak pomniejszać emitowanie CO2 do atmosfery, to owa emisja musi być droższa i mniej opłacalna po prostu. I właśnie jesteśmy tego świadkami: cena uprawnień emisji dwutlenku węgla znalazła się na rekordowo wysokim poziomie.

Ceny energii w Polsce uzależnione do CO2

Pamiętacie zamieszanie wokół cen energii dwa lata temu w 2018 r.? Wtedy cena emisji jednej tony CO2 kosztowała ok 5-6 euro. Potem w Brukseli coraz głośnie zaczęli mówić o neutralności klimatycznej UE do 2050 r. i wskazywać system uprawnień ETS, który działa jak giełda, na główny instrument mający w tym pomóc. Plan bowiem jest taki, żeby systematycznie podnosić cenę uprawnienia do emisji CO2 – co powinno zmusić poszczególne, krajowe gospodarki do stopniowego porzucania węgla.

Do niedawna ten straszak nie był zbyt skuteczny. Owszem od 2018 r. cena emisji CO2 poszła ostro w górę, oscylując między 24 a 27 euro, ale potem wyhamowała. A do tego wszystkiego doszła jeszcze pandemia COVID-19, która zmniejszyła globalne zapotrzebowanie energetyczne do czasów z II wojny światowej. I chociaż coraz głośniej mówi się już o trzeciej fali zachorowań, która przynajmniej w Polsce powinna nastąpić mniej więcej na przełomie lutego i marca, to jednak na dalszą stabilizację cen w ETS jednak nie ma co liczyć. Wszystko przez nowy cel klimatyczny UE. 

Cena emisji CO2, czyli tanio już było

Co najmniej od września w Brukseli prowadzona była ożywiona dyskusja o nowym celu klimatycznym dla UE. Chodzi o redukcję emisji CO2 do 2030 r. – względem tej z 1990 r. Do tej pory obowiązywało ustalenie mówiące o ograniczeniu emisji o 40 proc. Ale w dobie neutralności klimatycznej oraz Nowego Zielonego Ładu dla UE – dla wielu takie ustalenie nie było już wystarczające. Swoje zdanie w tej kwestii wyraziła unijna komisja środowiska (ENVI), która zaproponowała, by redukcja emisji CO2 była jednak na poziomie 60 proc. przez najbliższą dekadę. Takie też stanowisko przyjął także Parlament Europejski. Komisja Europejska z kolei mówiła o „co najmniej 55 proc.”

Nie można wydobywać więcej węgla, a cały węgiel w Unii Europejskiej powinien zostać wycofany do 2030 r. w krajach OECD, a do 2040 r. w pozostałych krajach

– uważa António Guterres, sekretarz generalny ONZ. 

Rada Europejska zgodziła się na nowy poziom redukcji emisji CO2 do 2030 r. na poziomie 55 proc. I od razu na te wieści zareagowała giełda ETS. Cena emisji tony CO2 zaczęła marsz w górę, bijąc po drodze dotychczasowe rekordy. Szybko wspięła się do 31,50 euro. W czasie pisania tego materiału za emisję jednej tony dwutlenku węgla trzeba było zapłacić 31,27 euro. Tak drogo nie było jeszcze nigdy. W kwietniu 2006 r. było blisko 27 euro. Prawie 28 euro było w lipcu rok temu. Ale obecnie jest powyżej 30 euro i ciągle drożeje. 

Co piąta polska elektrownia upadnie. Co najmniej

Jaki to będzie miało wpływ na cenę energii w Polsce? Kolosalny. Już wcześniej przecież Bogusław Hutek, szef górniczej „Solidarności”, wyliczał, że podniesienie celu klimatycznego tylko z 40 do 50 proc. oznaczać będzie, że w Polsce upadnie ok. 18 proc. elektrowni i kopalni. Ustalenie redukcji emisji CO2 na poziomie jeszcze wyższym, czyli 60 proc. (w UE nie brakowało głosów, że trzeba podnosić do 65 a nawet 70 proc.) zamknąć miałoby aż 70 proc. naszych zakładów energetycznych i wydobywczych. Te, które się uchowają będą mogli się wspomagać tylko w jeden sposób, wyższymi cenami za energię. 

A przecież to dopiero początek. Coraz głośniej mówi się o włączeniu do systemu handlu uprawnieniami także metanu. Zdaniem Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) dla naszego środowiska jedna tona metanu odpowiada aż 30 tonom CO2. Tymczasem z danych UNFCCC przeanalizowanych przez Ember wynika, że 70 proc. wycieków metanu z czynnych kopalń węgla w Europie ma miejsce w Polsce. Bo też 80 proc. zakładów wydobywczych funkcjonujących w kraju nad Wisłą to kopalnie metanowe. Nic dziwnego, że Janusz Olszowski, prezes Górniczej Izby Przemysłowo-Handlowej, wylicza że włączenie metanu do ETS spowodowałoby podwyższenie kosztów produkcji węgla w Polsce o ok. 1 mld zł.