Bunt przedsiębiorców. Grożą rządowi załamaniem w szpitalach, szkołach i urzędach

Żądają podwyżek i waloryzacji kontraktów zawartych z państwem, inaczej będą zrywać umowy, bo kary umowne są już mniej straszne niż wywiązanie się ze zobowiązań i ponoszenie strat przez wiele miesięcy. A wszystko przez inflację.

Inflacja daje Polakom popalić, również tym prowadzącym działalność. Ktoś ochrania państwowe budynki. Ktoś je sprząta. Państwo w przetargach zleca wykonawcom różne rzeczy. Ktoś dostarcza catering do szpitali i przedszkoli. A ceny rosną.

Żywność w sierpniu może być już droższa o 20 proc. rok do roku – ocenia Marcin Klucznik z Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Rosną koszty pracy i płaca minimalna. Wszystko rośnie. PIE ocenia, że powrót co celu inflacyjnego NBP na poziomie 2,5 proc. zajmie nam trzy lata.

Taniej wychodzi zapłacić karę niż wywiązać się z umowy

Długa droga daleka przed nami. A przecież już jest źle. Stąd list do premiera, który wystosowali Polski Związek Pracodawców Ochrona, Związek Pracodawców Przemysłu Pralniczego, Związek Pracodawców Outsourcingu i Polski Związek Pracodawców Budownictwa. 

Bizblog.pl poleca

Przedsiębiorcy umawiali się z państwem na jakąś stawkę za swoje usługi miesiące temu, kiedy inflacja była w ryzach, a wojna wydawała się zupełnie nierealna. Dziś jednak dowiezienie usługi, na którą się umówili staje się tak drogie, że coraz częściej bardziej opłaca im się zerwać kontrakt i zapłacić kary umowne niż się z niego wywiązać i zarobić umówioną dawno temu kwotę, dokładając do interesu.

Federacja Przedsiębiorców Polskich przygotowała już nawet rządowi odpowiedni projekt ustawy. Pomysł jest taki: firmy biorą na siebie połowę zwiększonych kosztów wykonania zamówień publicznych, drugą połowę płaci państwo. A konkretnie, wskaźnik waloryzacji umów zawartych przed 1 styczna 2022 r. miałby wynieść 4,3 proc., a tych zawartych już w 2022 r. – 6,3 proc.

Drożej znaczy taniej

Koszt? 8 mld zł w ciągu dziesięciu lat, ale przy założeniu, że o waloryzację starać mogą się jedynie ci, który podpisali z państwem kontrakt na dłużej niż rok. W pierwszym roku to 3,2 mld zł.

Ale FPP przekonuje, że to dla państwa korzyść. Bo jeśli nie waloryzacja i 40 proc. podwykonawców zejdzie z placów budów, czy przestanie dostarczać jedzenie do szpitali, trzeba będzie rozpisać nowe przetargi po nowych cenach. A wtedy państwo zapłaci jeszcze więcej – jakieś 12,5 mld zł w ciągu najbliższych dziesięciu lat.

A jak rząd nie zdecyduje się dorzucić trochę pieniędzy? 200 tys. firm realizujących obecnie zamówienia publiczne może zostać zmuszona do zwolnień, część straszy falą bankructw. I niby rząd te apele traktuje serio, a w ministerstwie rozwoju toczą się poważne rozmowy na ten temat. 

Ale jednocześnie ministerstwo finansów też trzyma rękę na pulsie. I nie chodzi nawet o to, że sępi i nie chce wydawać więcej pieniędzy. Doskonale wie, że dorzucenie kasy oznacza dalsze podsycanie inflacji i jak ustaliła nieoficjalnie „Rzeczpospolita”, poważnie się tego obawia.

Budowlanka już coś dostała

Budowlanka akurat zresztą jest teraz najmniej zagrożona, bo rękę wyciągnął do niej minister infrastruktury, który już wcześniej podjął decyzję o waloryzacji kontraktów przy inwestycjach prowadzonych przez GDKiA i PKP PLK.

Czystość w urzędach, które zwykle outsoursują sprzątanie do firm zewnętrznych pewnie mało was obchodzi. Ale zostają jeszcze przedszkola, szkoły czy szpitale, które masowo korzystają z usług zewnętrznych.

Robi się gorąco.