Prezydent po raz drugi obiecał emerytury stażowe. Zapomniał, że zrobił to przed pięcioma laty?

Prezydent Duda już niemal na finiszu kampanii próbuje nas ograć, rzucając hasło emerytur stażowych. Dzięki nim kobiety mogłyby przechodzić na emeryturę nawet w wieku 53 lat, a mężczyźni w wieku 58. Planuje w tej sprawie podpisać porozumienie, które już raz podpisał, ale nic z tego nie wniknęło. Może prezydent powinien jeszcze raz ogłosić, że rozwiąże problem frankowiczów? I śmieciówek. Wiadomo, że tego nie zrobi, jak nie zrobił poprzednio, ale przecież to nie ma znaczenia. Ważne, żeby zyskał wizerunek superbohatera.

Prezydent Andrzej Duda podczas ostatniej sesji pytań i odpowiedzi w internautami na Facebooku zadeklarował, że nadal jest zwolennikiem emerytur stażowych i będzie o nie walczył. Więcej, powiedział nawet, że zaproponował Piotrowi Dudzie, przewodniczącemu NSZZ „Solidarność” podpisanie umowy, w której zobowiąże się do wprowadzenia w Polsce emerytur stażowych.

Należy przy okazji przypomnieć, że to właśnie związkowcy są wielkimi orędownikami takiego rozwiązania. Byłoby to nawet interesujące i warte dyskusji gdyby nie fakt, że prezydent Andrzej Duda już raz taką umowę podpisał w 2015 r. i to właśnie z Piotrem Dudą. I co? I nic. T

Po co podpisywać umowę drugi raz, skoro z pierwszej nic nie wyszło?

Poza tym ta pierwsza jest jeszcze chyba ważna. Czyż nie?

A może chodzi o to, że za pierwszym razem Andrzej Duda podpisywał ją jeszcze w kampanii wyborczej, kiedy nie był jeszcze prezydentem? Czy słowo dane przez prezydenta Andrzeja Dudę ma mieć większą moc niż słowo nie-prezydenta Andrzeja Dudy?

Ciekawe jest też to, że propozycja prezydenta dot. emerytur stażowych została przez PiS zaorana jako niemożliwa do realizacji. A mimo to prezydent ciągle o niej opowiada. 

„(…) podchodzę do tego poważnie, wielokrotnie już rozmawiałem na ten temat i z minister rodziny, i z prezes ZUS Gertrudą Uścińską, i z panem premierem. Te kwestie są liczone, bo postulat, żeby to był 40-letni okres pracy jest postulatem bardzo trudnym do spełnienia. Z punktu widzenia systemu ubezpieczeń społecznych w zasadzie niemożliwym i dlatego szukamy tutaj innych rozwiązań” – powiedział prezydent.

Bizblog.pl poleca

Czy tylko mi się wydaje, że prezydent sobie zaprzecza? Bo właściwie powiedział mniej więcej to: „chcę emerytur stażowych i wam je obiecuję, choć nie da się ich wprowadzić”.

Oczywiście mógł mieć na myśli to, że jest to jedynie kwestia wymiaru stażu. 40 lat to za mało, żeby pomysł był realny, więc liczymy, ile byłoby wystarczająco.

No właśnie, policzmy z grubsza. Do tej pory w opowieściach prezydenta pojawiał się limit min. 35 lat pracy dla kobiet i 40 lat dla mężczyzn. To oznacza, że mężczyzna, który skończył 4-letnie liceum, a potem 5-letnie studia wyższe, zaczął pracę w wieku 24 lat. Dziś ma prawo przejść na emeryturę w wieku 65 lat. Gdyby obowiązywała go emerytura stażowa, mógłby zakończyć karierę w wieku 64 lat.

Kobiety mogą przechodzić dziś na emeryturę w wieku 60 lat. Gdyby obowiązywał je 35-letni staż pracy, mogłyby przejść na emeryturę w wieku 59 lat.

W obu przypadkach zysk to tylko 1 rok. Niewiele

Emerytury stażowe są korzystne przede wszystkim dla osób słabiej wykształconych, które rozpoczynały pracę znacznie wcześniej. Powiedzmy, że ktoś zaczął pracę w wieku 18 lat. Taki mężczyzna, uwzględniając 40-letni staż pracy mógłby przejść na emeryturę w wieku 58 lat zamiast 65, a kobieta, uwzględniając 35-letni staż, w wieku 53 lat zamiast 60. To już coś.

Ale skoro 35-cio i 40-letni staż, jak powiedział sam prezydent, to „postulat niemożliwy do spełnienia”, to należałoby zmodyfikować pomysł np. do 40-letniego stażu dla kobiet i 45-letniego dla mężczyzn. A wtedy dla osób z wyższym wykształceniem rozwiązanie jest zupełnie niekorzystne. Z kolei ci, którzy rozpoczęli pracę w wieku 18 lat zyskiwaliby niewiele. Kobiety mogłyby przechodzić na emeryturę w wieku 58 lat zamiast 60, a mężczyźni w wieku 63 zamiast 65.

Czy takie rozwiązanie ucieszyłoby „Solidarność” i inne centrale związkowe? Wątpię. I pan prezydent na pewno też. Ale przecież wcale nie chodzi o to, żeby wypracować jakieś rozwiązanie, ale o to, żeby się nagadać o tym, bo trwa przecież kampania wyborcza.

Zresztą, czy pan prezydent żyje w jakimś innym równoległym świecie? Mamy gigantyczny kryzys gospodarczy, który może przerodzić się w ogromny kryzys zadłużeniowy. Wielu światowych ekonomistów twierdzi, że będzie tak samo źle jak podczas Wielkiego Kryzysu lat 30. Czy to jest odpowiednia pora na bardzo kosztowne dla państwa obniżanie wieku emerytalnego? Pominę już kwestię racjonalności obniżania wieku emerytalnego w świetle przeciętnego wydłużania się naszego życia.

Czcze gadanie. Jak zwolnienie ze składek ZUS przedsiębiorców

„Zaproponowałem premierowi, aby wszyscy przedsiębiorcy byli zwolnieni ze składek ZUS na trzy miesiące. Postulat spotkał się z akceptacją” – powiedział niedawno Andrzej Duda, wywołując niemałe poruszenie.

Taka to była akceptacja, że premier wyraźnie powiedział, że to niemożliwe, bo koszty przekraczałyby możliwości państwa. Ale Andrzej Duda wyszedł na tego, co chciał dobrze.

Podobnie zresztą było z ratowaniem frankowiczów kilka lat temu. Pomysły prezydenta od początku były mało realne, ale nieważne. Ważne, że wyszedł na superbohatera, który spieszy na ratunek.

Pięć lat temu były też obietnice, że Andrzej Duda jako prezydent w końcu rozprawi się tzw. umowami śmieciowymi, cywilizując polski rynek pracy. I co? No właśnie teraz widać co z tego wyszło.

Żeby było jasne, nie dyskutuję w tym miejscu na temat tego, czy frankowiczów trzeba ratować czy nie, ani na temat sensowności emerytur obywatelskich. Postuluję jedynie, żeby głowa państwa brała większą odpowiedzialność za słowa i nie próbowała robić nam wody z mózgu, używając tanich kampanijnych sztuczek.

Oczekiwałabym od polityków, żeby w końcu nauczyli się podczas kampanii dyskutować na argumenty i kreślić wizję realnej zmiany i rozwoju kraju. Gruszki na wierzbie może obiecać każdy. Wielu nawet w nie uwierzy. Ale to smutne, że jako społeczeństwo i jako klasa polityczna wciąż jesteśmy na tym etapie rozwoju.