Premier nami manipuluje? Zdemaskował go jego własny minister finansów

Premier Morawiecki, ogłaszając tzw. tarczę antyinflacyjną, która ma ochronić najsłabszych ekonomicznie obywateli przed drożyzną, bardzo chciał sprawiać wrażenie, że państwo bierze na siebie ogromny ciężar. Tak ogromny, że aż trzeba będzie w administracji publicznej zaciskać pasa, zamrozić etaty i każdej złotówce „przyglądać się nie dwa, a trzy razy”. Ale przecież czego się nie robi dla dobra obywateli. A na to wchodzi minister finansów i mówi, że w sumie, to państwo tylko oddaje obywatelom to, co samo zyskało na wysokiej inflacji i za dużo do całego tego interesu wcale nie dokłada.

Żeby była jasność – tarcza antyinflacyjna nie ma na celu obniżyć inflacji, ale przede wszystkim chwilowo wspomóc tych, w których inflacja najmocniej uderza. I dobrze. To zresztą spory zwrot w strategii rządu. Ten jeszcze całkiem niedawno próbował zamiatać temat pod dywan. Jeszcze się ministrom wydawało, że da się go wyciszyć i wmówić Polakom, że nic takiego się nie dzieje.

Bizblog.pl poleca

Świetnym przykładem jest tu minister Henryk Kowalczyk, który zaledwie kilka dni temu mówił na antenie radia ZET, że ta inflacja nie jest wcale taka straszna, bo przecież wynagrodzenia rosną szybciej niż ceny, więc wcale nie odczuwamy tego we własnych portfelach.

Opinia publiczna zjadła ministra na śniadanie. Bo owszem, płace rosną obecnie szybko, w tempie ok. 8 – 9 proc. rocznie, a inflacja jest na razie poniżej 7 proc.

Ale! To przecież tylko średnie arytmetyczne. Inflacja nie jest taka sama dla każdego – koszyk zakupowy każdego z nas wygląda inaczej. A po drugie, nie każdemu pensje rosną w takim tempie, jak pokazuje GUS. Kto z was zarabia dziś 8 – 9 proc. więcej niż rok temu? No właśnie. 

Dobrym przykładem są też emeryci. Waloryzacja ich świadczeń w tym roku wyniosła 4 proc., a więc znacznie mniej niż poziom inflacji. Oni zatem odczuwają na pewno wzrost cen w swoich portfelach. A przecież emeryci to aż 1/4 społeczeństwa – ona na początku została zupełnie zignorowana.

Premier udaje, że cierpi razem ze społeczeństwem

Rząd jednak w końcu zrozumiał, że Polacy czują, co się dzieje i nie da się dłużej ignorować nastrojów społecznych. Dlatego właśnie premier podczas konferencji prasowej, ogłaszając założenia tarczy antyinflacyjnej, udawał tak uciemiężonego. Chciał pokazać, że nie tylko Polacy cierpią, rząd się z nimi solidaryzuje i też będzie cierpiał. Ale podejmie największy możliwy wysiłek, by odciążyć nasze budżety i weźmie część ciężaru na siebie.

Premier ogłosił, że ta pomoc będzie kosztowała budżet 10 mld zł. I jestem przekonana, że sumy liczone w miliardach są dla przeciętnego Polaka już bardzo abstrakcyjne – zwykle nie wiemy, czy to mało czy dużo. Dlatego można udawać cokolwiek, w zależności od politycznych potrzeb. No więc premier postanowił powiedzieć nam, że te 10 mld zł to strasznie dużo.

Rząd wprowadzi oszczędności w administracji publicznej. Zablokowane będzie tworzenie nowych etatów oraz powoływanie nowych funduszy celowych. Każdej złotówce będziemy przyglądać się nie dwa razy, ale trzy razy

– obiecał premier Mateusz Morawiecki podczas konferencji prasowej.

I nawet można by w to uwierzyć. Tylko że jednocześnie, tego samego dnia minister finansów Tadeusz Kościński powiedział niemal wprost, że te wszystkie ograniczenia, które nałożył na siebie i innych urzędników państwowych premier, są niepotrzebne. Oglądanie każdej złotówki trzy razy jest niepotrzebne. To tylko marketingowy zabieg.

Tylko oddajemy to, co dostaliśmy w prezencie

Popatrzmy, jak inflacja działa na korzyść finansów publicznych: dodatkowe przychody z VAT i innych podatków z tego tytułu to ok. 6-8 mld zł. Oddajemy zatem z niewielką nawiązką to, co dostajemy do budżetu w wyniku podwyższonej inflacji.Wszystkie pieniądze zwracamy społeczeństwu

– mówił Kościński w rozmowie z WNP.pl.

Minister finansów chciał uspokoić tych, którzy bardziej rozumieją liczby, mówiąc, że tarcza inflacyjna nie zagraża kondycji budżetu państwa, a rozwiązania przedstawione przez premiera są „w zasadzie neutralne dla budżetu”. Ale w ten sposób minister de facto zdemaskował marketingową grę premiera Morawieckiego. Bardzo to wszystko zabawne.

A jeszcze bardziej zabawne jest to, że premier Mateusz Morawiecki udaje, że te 10 mld zł, które mają chronić przed drożyzną najuboższych to jakieś strasznie wielkie pieniądze, które przyciskają nas do budżetowej ściany, a w niemal w tym samym czasie prezydent Andrzej Duda dogaduje się z Piotrem Dudą, przewodniczącym NSZZ „Solidarność”, obwieszczając, że poprze projekt emerytur stażowych, którego koszt to 120 mld zł. Owszem to koszt do 2031 r., ale średnio na rok i tak wychodzi więcej. I nikt tu nawet okiem nie mrugnął, że może takie flirtowanie ze związkowcami to jednak trochę za droga zabawa.