Premia za szybkie urodzenie drugiego dziecka. PiS zrozumiał, że pieniądze nie działają

Premię za urodzenie drugiego dziecka maksymalnie w ciągu dwóch lat od narodzin pierwszego obiecywała Polakom Beata Szydło w 2018 r. Teraz o premię upomina się posłanka Koalicji Obywatelskiej, a MRiPS mówi: „rozważamy to”. Ależ to niezwykłe porozumienie ponad podziałami. Tylko czy pieniądze za rodzenie dzieci w ogóle działają? Wygląda na to, że PiS w końcu zrozumiał, że nie.

„Naszym największym wyzwaniem jest, aby w Polsce rodziło się więcej dzieci (…). Dlatego wprowadzamy premie za szybkie urodzenie drugiego dziecka.”

– tak Beata Szydło, w tym czasie już wicepremier odpowiedzialna za programy społeczne, mówiła podczas konwencji Prawa i Sprawiedliwości wiosną 2018 r. Wyglądało, jakby było już przyklepane.

Dodała, że wymyśliła ten program razem z ówczesną minister rodziny i pracy Elżbietą Rafalską. 

„Zastanawiałyśmy się, co zrobić, aby rodzice decydowali się, żeby mieć więcej niż jedno dziecko i żeby te dzieci rodziły się szybciej. I to właśnie będzie przełomowy moment, jeśli wprowadzimy taki program.” 

Premia miała obowiązywać, jeśli kobieta urodził drugie dziecko maksymalnie w ciągu dwóch lat od narodzin pierwszego oraz za każde kolejne dziecko urodzone w tym tempie.

Bizblog.pl poleca

Program miał być gotowy po wakacjach 2018 r. i wejść z życie z początkiem 2019 r. Wicepremier Szydło obiecywała zresztą wówczas jeszcze:

  • emeryturę za wychowanie czwórki dzieci;
  • Bezpłatne leki dla kobiet w ciąży;
  • Ułatwienia dla mam – studentek.

W 2019 r. jednak ani widu ani słychu o takich premiach za szybkie urodzenie drugiego dziecka, a „Gazeta Wyborcza” cytowała jednego z polityków PiS:

„Najchętniej byśmy się z tego programu wycofali. No ale trudno to zrobić, gdy padła obietnica”.

Koalicja Obywatelska się upomina, PiS zwodzi

2020 r. Premii dalej nie ma, za to zaczyna się o nią upominać posłanka Koalicji Obywatelskiej Aleksandra Gajewska, pisząc w tej sprawie interpelację do obecnej minister MPRiPS Marleny Maląg. 

Barbara Socha, podsekretarz stanu w ministerstwie odpowiada: 

„Z uwagą przygląda się różnym rozwiązaniom pokazywanym w badaniach oraz wprowadzanym w innych krajach, które w dłuższej perspektywie mogą mieć pozytywny i istotny wpływ na poprawę sytuacji demograficznej Polski”.

I dalej: 

„Propozycja tzw. premii za urodzenie drugiego dziecka mającej stanowić zachętę dla rodziców do podejmowania decyzji o posiadaniu kolejnych dzieci również jest rozpatrywana. Musi ona jednak wpisywać się w szerszy zestaw działań służących rozwojowi rodziny i wymaga jeszcze dalszych prac.”

Czyli mniej więcej tak: obiecaliśmy, więc nie możemy powiedzieć, że nic z tego, ale w sumie myśleliśmy, że nikt już o tym nie pamięta.

Zresztą, kto liczył na dodatkowe pieniądze i tak mógł się zawieść. Od początku szczegóły tego pomysłu nie były znane, nie padały żadne kwoty, a kto uważniejszy, mógł się zorientować, że być może wcale nie ma mowy o żadnych pieniądzach. „Premia” mogła bowiem oznaczać korzyści niefinansowe, jak np. wydłużenie urlopu macierzyńskiego. Takie rozwiązanie działa np. w Szwecji, gdzie w zamian za urodzenie drugiego dziecka przed upływem 30 miesięcy od narodzin poprzedniego, można wydłużyć urlop o rok.

Ale może to i dobrze? Wiele wskazuje na to, że pieniądze nie są wcale wystarczającą zachętą do rodzenia dzieci, a program 500+ wcale nie jest skuteczny. Owszem, poprawia jakoś życia rodzin, niweluje ubóstwo, ale nie zwiększa dzietności w Polsce.

Na porodówkach tłok tylko przez chwilę

W połowie 2017 roku PiS był zachwycony, bo nagłówki gazet krzyczały, że na porodówkach tłok. A więc 500+ działa! 

A jednak nie.

„Zauważalny wzrost dzietności w skali całej Polski wystąpił jedynie w latach 2016-2017 wskutek wzrostu liczby urodzeń drugiego i trzeciego dziecka”

– twierdzi prof. Irena E. Kotowska z Instytutu Statystyki i Demografii Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz z Komitetu Nauk Demograficznych PAN.

Jej zdaniem program 500+ nie spełnił oczekiwań dotyczących trwałego wpływu na prokreację.

Dowód? W 2013 r. współczynnik dzietności dla całej Polski osiągnął 1,25, co oznacza, że rodziło się 125 dzieci na 100 kobiet. Do 2015 r. wskaźnik ten lekko wzrósł do 1,3. W 2016 r. rzeczywiście wzrost przyspieszył, by w 2017 roku osiągnąć wartość 1,45. Jednak w kolejnych dwóch latach zaczął znowu spadać do 1,41 w 2019 roku.

Duże miasta nadrabiają

Jednak rzeczywiście w ostatnich widać systematyczny wzrost dzietności w dużych miastach. Dane GUS pokazują, że o ile jeszcze w 2013 r. współczynnik ten w dużych miastach wynosił 1,15 wobec wartości 1,26 dla całej Polski, o tyle w 2019 r. osiągnął wartość 1,45 wobec 1,42 dla całego kraju. To o tyle zaskakujące, że panuje przekonanie, że to na wsiach i małych miastach rodzi się więcej dzieci, a mieszczuchy nie chcą rodzić, bo wolą żyć wygodnie.

Tymczasem to właśnie największe miasta były w stanie wyjść poza strefę niskiej dzietności, którą określa się poniżej wskaźnika dzietności 1,5. I tak w Warszawie wskaźnik ten wyniósł w 2019 r. 1,57, w Krakowie 1,54, w Poznaniu 1,51, w Rudzie Śląskiej 1,58, Koszalinie 1,53, a we Wrocławiu 1,5. Rekordzistą został Gdańsk, gdzie w 2019 r. współczynnik wyniósł aż 1,64 oraz Opole ze względu na tempo wzrostu dzietności, która skoczyła z 0,97 w 2013 r. do 1,6 w 2019 r.

Dlaczego właśnie duże miasta wyszły na prowadzenie w rodzeniu dzieci?

Po pierwsze, zdaniem prof. Ireny E. Kotowskiej ma to związek z lepszą sytuacją ekonomiczną – poprawa na rynku pracy i wzrost wynagrodzeń, a te są odczuwalne najbardziej w dużych miastach właśnie.

Po drugie, nowe rozwiązania polityki rodzinnej wdrażane w skali kraju i na poziomie samorządów. I wcale nie chodzi o 500+. Chodzi o falę zmian ułatwiających rodzicom łączenie pracy zawodowej z życiem rodzinnym, redukując koszty pośrednie, a także zmniejszyć koszty bezpośrednie wychowywania dzieci. A ta fala zaczęła się już w 2013 r.: urlopy rodzicielskie (2013 r.) i ich uelastycznienie (od stycznia 2016 r.), świadczenie rodzicielskie (od stycznia 2016 r.), Karta Dużej Rodziny (wprowadzona w czerwcu 2014 r. z pełnym systemem zniżek w skali kraju obowiązującym od stycznia 2015 r.), mechanizm „złotówka za złotówkę” (od stycznia 2016 r.), modyfikacja ulg podatkowych na dzieci (2013 r. i 2015 r.) czy weryfikacja kryterium dochodowego i podniesienia świadczeń rodzinnych od listopada 2015 r. Do tego w 2013 r. wprowadzono rządowy program in vitro, który obowiązywał do 2016 r.

Zdaniem badaczki to właśnie te czynniki wpływają na wzrost dzietności. A do tego ludzie z dużych miast mają łatwiejszy dostęp do klinik zajmujących się leczeniem niepłodności, badań prenatalnych, prywatnej opieki zdrowotnej i generalnie do do usług zdrowotnych, zwłaszcza związanych z ciążą i porodem, a potem do usług opiekuńczo-edukacyjnych. O to powinniśmy dbać, by rodziło się więcej dzieci, jak pokazują różne międzynarodowe badania.

Tylko w ten sposób, a nie za pomocą kilkuset złotych dodatkowych w kieszeni, jesteśmy w stanie odczarować niską dzietność poniżej progu 1,5, która utrzymuje się w Polsce od 1998 roku. Warto dodać, że zastępowalność pokoleń gwarantuje współczynnik dzietności dopiero na poziomie 2,1. Czeka nas jeszcze dużo pracy.

I przy tej okazji rząd nie powinien zapominać, że przy realizacji jednego ze swoich największych wyzwań sojusznika ma właśnie w dużych miastach, których jakoś chyba trochę nie lubi.