Ludzie pracują u niego sześć godzin dziennie, a zarabiają 150 proc. stawek rynkowych

Kiedy ekonomiści krzyczą o konieczności gonienia Zachodu, on skraca czas pracy w swojej firmie o dwie godziny. Podczas gdy eksperci od social media bronią swojego know-how, jak mogą i zapraszają na zamknięte szkolenia, on rozdaje dostępy do całej swojej wiedzy praktycznie za darmo, uruchamiając platformę learningową. Z Franciszkiem Georgiewiem, założycielem agencji Social Tigers nie sposób sie nudzić.

Adam Sieńko, Bizblog.pl: Słyszałem, że jesteście turkusową firmą. To prawda?

Franciszek Georgiew, założyciel Social Tigers: Nie czytałem książek na ten temat, jedynie artykuły, ale z tego co wiem, to rzeczywiście jest wiele podobieństw.

A jak to u was wygląda? Bo mam wrażenie że z turkusem jest trochę jaki kilka lat temu z big data. Ludzie mówią: tak to jest potrzebne, wdrożymy to. A potem nikt nic z tym nie robi.

U nas wygląda to tak, jeżeli ktoś prowadzi klienta, to jego decyzje nie muszą przechodzić przez szereg akceptów. Pracuje z klientem od A do Z, odpowiada za jego rezultaty, ustalone terminy, koordynację podwykonawców. A potem partycypuje w przychodzie, jaki nasza firma ma z tego klienta. Wie, ile ten klient płaci i widzi jasną korelację między swoją pracą a wynagrodzeniem. Dzięki temu nasi pracownicy zarabiają ok. 150 proc. rynkowych stawek na podobnych stanowiskach w innych firmach. Taki model staram się wprowadzić na wszystkich stanowiskach w firmie. Zostały mi jeszcze trzy. To szef działu obsługi klienta, office manager i ja sam.

Zobacz także

Wykazujemy też dużą elastyczność, jeśli chodzi o sposoby i czas pracy. Gdy widzę, że pracujemy w fajnym sprawdzonym zespole, to czuję coraz mniejszą potrzebę kontroli. Łapię się czasami na tym, że mam ochotę wejść w czyjś projekt i zarekomendować mocno jakieś rozwiązanie, w które mocno wierzę. Ale potem przychodzi druga myśl – to jego odpowiedzialność, nie będę przecież rozliczać kogoś z rezultatów działań, w których sam mówiłem co ma robić. W konfliktowych sprawach często ustępuje.

No i do tego pracujecie po sześć godzin dziennie. W tym samym czasie, kiedy większość osób twierdzi, że taki model nie przejdzie, bo nas na to zwyczajnie nie stać.  

Wokół sześciogodzinnego dnia pracy jest mnóstwo dezinformacji, bo praktycznie nikt w Polsce nie spróbował tego w praktyce. Na pewno nie jest to lek na całe zło, uważam, że krajowe firmy nie są na to gotowe. Dopóki nie wprowadziliśmy różnych nowoczesnych rozwiązań związanych z zarządzaniem, ¾ czasu pracy oznaczało de facto ¾ efektywności. A przecież nie chodzi o to, żeby robić mniej, tylko tyle samo, ale w krótszym czasie. A to wymaga odpowiednich działań i organizacji pracy.

Czyli pracownicy zyskali, bo mają więcej czasu po pracy. Firmie to jakoś pomogło?

Na pewno na poziomie rekrutacji i ściągania ludzi z rynku pracy. Poza tym dużo ważniejsze i ciekawsze są inne rozwiązania, na przykład nasz model wynagradzania, o którym wspominałem. Kiedyś, gdy wchodził nowy klient, to wszyscy się chowali się pod stołem. Dzisiaj, gdy zlecenie jest choć trochę ciekawsze od reszty, to od razu znajdują się chętni, bo można dzięki temu odłożyć pieniądze na wakacje czy mieszkanie. Część z nich staram się zresztą powstrzymywać, bo w długim okresie to może prowadzić do wypalenia zawodowego.

Czy sześciogodzinny dzień pracy da się przetestować w większej skali?

Myślę, że Polska jako taka nie jest gotowa nawet na siedmiogodzinny dzień pracy, a takie propozycje przecież ze strony niektórych partii padają. Widzę oczami wyobraźni, jak skracamy sobie dzień pracy i nieefektywne firmy stają się jeszcze bardziej nieefektywne, pojawia się frustracja kadry menedżerskiej i stres. Krótszy dzień pracy nie może być sposobem na to, żeby robić mniej. Jeden z członków naszego zespołu ma 20 lat doświadczenia. Teraz przychodzi do pracy od 10 do 16. Mówi, że nigdy ciężej nie pracował, ale daje mu satysfakcję ten wolny czas, który wygospodarowuje po godzinach.

Sam wzorce czerpałeś z Zachodu. Pracowałeś dla UFC, amerykańskiej organizacji mieszanych sztuk walki?

Tak, po trzech miesiącach pracy okazało się, że muszę założyć firmę, bo w umowie zobligowałem się do wystawienia faktury. Nie miałem jednak pomysłu na nazwę. Na siłowni miałem legginsy w tygrysy więc pomyślałem: może Social Tigers? Dzisiaj słyszę od ludzi z dużych agencji: Wow, ale to przemyślałeś, co za świadomy branding. (śmiech)

Różnica w podejściu do pracownika była szokiem?

W Polsce z czymś takim się nie spotkałem. Gdy przyjechałem na pierwszą galę do Krakowa, zakwaterowali mnie w Sheratonie z widokiem na Wawel. Pierwszego dnia przyszedł do mnie dyrektor na region EMEA i powiedział: Cześć Frank, słyszałem że robisz świetną robotę. Witamy cię na pokładzie. A byłem wtedy na stanowisku juniora! Może było to trochę sztuczne, pewnie Pan David Allen nawet nie wiedział, kim jestem. Ale było to bardzo miłe i pełne szacunku. Kultura pracy była niesamowita.

A z twardych umiejętności?

Snapchat w Polsce dopiero wtedy raczkował, a oni mieli już podrukowane Snapkody dla zawodników. To była naprawdę duża skala działań. Tylko social media ogarniał 7-osobowy team, montujący praktycznie na żywo wideoblogi z Krakowa, gdzie odbywała się gala. Był tam fotograf, operator, montażysta, ludzie od przygotowania Stories i prowadzenia live bloga.

Potem te doświadczenia przeniosłeś do Social Tigers. Przez kolejne cztery lata zdążyliście wyrobić sobie na rynku bardzo dobrą markę, zdobyliście know-how i nagle… chcecie je udostępnić w formie abonamentu.

Baza Wiedzy miała być w naszym założeniu czymś w rodzaju Wikipedii marketingu w social media; Znajdą się tam zweryfikowane, uporządkowane i powiązane ze sobą treści, które stworzyliśmy przez lata.

Ale w toku prac uznaliśmy, że rozbudujemy ten projekt do całej platformy learningowej, na której będzie można utworzyć konto i rozwijać drzewka skilli, jak w grach komputerowych. Udostępnimy nasze MVP na początku lipca. Niedługo potem premiera naszej flagowej publikacji Księgi Adsów – ale w zupełnie nowej odsłonie, zaś niedługo potem – solidny kurs z Facebook Analytics.

Niezbyt popularna w Polsce taktyka. Mnie udostępnianie wiedzy o social media kojarzy się raczej z: „tutaj kilka ogólnych rad, na resztę zapraszam na szkolenie”.

Sprzedawanie know-how to coś, co robimy od zawsze. Jeżeli dzielisz się wiedzą, to pokazujesz, że jesteś o krok przed konkurencją. Jeżeli będziemy chcieli skręcać w przyszłości w tematy bardziej analityczne to inni i tak będą musieli tę wiedzę nadgonić. Zresztą nawet jeżeli ktoś opanuje 80 proc. tego co podajemy, to my mamy już to przećwiczone w praktyce. Na pewno to dzielenie się wiedzą wielu firmom pomaga. I również daje satysfakcję.

Nie mam oporów przed odpowiedzią na jakiekolwiek pytanie. Byłoby strasznie naiwne sądzić, że jeżeli w każdym pytaniu podzielę się 1/100 mojej wiedzy, to ktoś zbierze 100 odpowiedzi i będzie wiedział tyle co ja. Bo ja to sprawdziłem w praktyce. Żyje tym od 5 lat od rana do nocy.

Chcecie na tym zarabiać?

Traktujemy to jako osobną działkę biznesu, szansę na dywersyfikację przychodów – najciekawsze i najbardziej rozbudowane materiały będą dostępne w stałej cenie, a zakup będzie uprawniał do otrzymywania wszystkich kolejnych aktualizacji. Wspomniany przez ciebie abonament być może pojawi się w przyszłości. Poza tym – nadal każdego miesiąca będziemy tworzyć i nieodpłatnie udostępniać nasze „tigertipy” na blogu i Facebooku.

Czyli chodzi o promocję marki?

To oczywiście element lejka sprzedażowego, ale nasze darmowe treści są zazwyczaj pełne sprawdzonych i praktycznych informacji – to nie jest „myk” pod tytułem „Ja nauczę Ciebie… tylko zostaw swój email”. Nigdy nie musisz nic od nas kupować, żeby swobodnie uczyć się z naszych treści.

Chcemy pomóc ludziom uporządkować wiedzę; dziś nie ma problemu z dostępem do wielu zróżnicowanych materiałów wiedzowych. Ale niesprawdzonych, niepełnych informacji w tej branży jest multum – to rodzi frustrację.  Baza Wiedzy to zatem trzon wiedzy o marketingu w mediach społecznościowych, zaś użytkownik będzie mógł tworzyć własne kolekcje treści i mieć je zawsze pod ręką. Zdarzają się sytuacje, że musimy pisać klientom np. dlaczego wrzucamy nie więcej niż 15 postów miesięcznie. A my w kółku tłumaczymy, że liczba postów nie równa się efektywności działań.

A co jest nie tak z duża liczbą postów?

Będą w kółko docierać tylko do tej samej grupy odbiorców, przez co zobojętnieje ona na nasze treści i stopniowo będzie się kurczyć. A to w efekcie końcowym bardziej szkodzi, niż pomaga.

Jakie jeszcze mity obalacie na co dzień?

Kolejne związane są z bezpłatnymi zasięgami. Na ich wysokość wpływa ponad 100 tys. różnych czynników. Każdy z nich jest tajny, ma inną wartość. Ja na szkoleniach staram się zwrócić uwagę na rzeczy, które nie mają wpływu. Czyli np. edytowanie albo planowanie postów.

O tym edytowaniu słyszałem wielokrotnie. Widziałem posty, które szły z błędami, ale „broń Boże nie zmieniajmy, bo utnie zasięgi”.

Sprawdzałem to na setkach fanpage’y. Jeżeli jest jakaś różnica, to być może mikroskopijna. Ludzie szukają prostych wyjaśnień dla bardzo skomplikowanych zjawisk. Czytałem kiedyś, że wrzucanie postów z telefonu zwiększa zasięgi 5-krotnie. Pomyślałem: „kurde, 100 tys. tajnych czynników, a tu ktoś odkrył, że ten jeden wpływa na rezultat i jeszcze dokładnie oszacował skuteczność”.

A to prawda?

Myślę, że to fałszywa korelacja, w dodatku dzisiaj już nieaktualna. Jeżeli wrzucam luźny, spontaniczny post z telefonu to on może zostać lepiej odebrany, niż taki sztywny i przemyślany, zazwyczaj wrzucany z komputera. Pewien czas temu czytałem książkę „Pułapki myślenia” Daniela Kahnemana. I wiesz co? Żadna inna książka nie powiedziała mi więcej o reklamie na Facebooku! Liczba błędów poznawczych, fałszywych korelacji, takich jak prawo małych liczb, to rzeczy, które pozwoliły mi odsiać rzeczy, które nie mają znaczenia, od tych, które są naprawdę istotne statystycznie.

Tak samo jest z „Marketingiem” Philipa Kotlera. To klasyka marketingu, dzisiaj nieco zapomniana. Te dwie lektury wzniosły mnie marketingowo na zupełnie inny poziom. Szkolenia z adsów itp., to było tylko uzupełnienie, sprawdzałem jak o tych technikaliach mówią inni, jakie mają doświadczenia. To smutne, że zamiast sięgnąć do klasyków marketingu czy dorobku psychologii sięga się po pozycje typu: „ciśnij ciśnij, możesz wszystko”. Porównałbym system reklamowy, np. Facebooka, do dużej deski rozdzielczej z masą kolorowych przełączników. Bez wiedzy o psychologii, strategii komunikacji i sprawdzonych taktykach, bardzo trudno będzie wcisnąć odpowiednią kombinację guzików i z tej maszyny zrobić pożytek (śmiech). Z moich obserwacji wynika, że wiele osób, zwłaszcza początkujących, nie zdaje sobie z tego sprawy.

Czyli szukają gotowych rozwiązań, zamiast uczyć się myśleć?

Tak – jeżeli nie będziemy myśleć, czeka nas wdrażane gotowych szablonów. A każde konto reklamowe, każdy klient, każdy fanpage to ogromna liczb danych, zmiennych. Miałem sytuację, że dwa e-commerce’y sprzedawały dokładnie ten sam produkt. Za zgodą klienta przenieśliśmy model działania z jednego na drugi. Efekt? Z pierwszego mieliśmy 17 zł zwrotu za każdą złotówkę, z drugiego -5. Czyli poniżej marżowości.

Grupa docelowa była ta sama?

Tak, różnił je głównie brand sklepu. Produkt był ten sam. To pokazuje, jak jedna zmienna potrafi zmienić sytuację.

I w tym momencie te wszystkie rady o wrzucaniu postów o określonej godzinie przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.

Tak jest. Zresztą co do godzin – na dużych fanpage’ach może mieć znaczenie, bo ułatwia dotarcie do różnych segmentów odbiorców. Poza tym nie zauważyłem innych sprawdzających się powtarzalnie zasad.

Rywalizujecie też z panami o kwadratowych szczękach i aksamitnym głosie, którzy na nagraniach zachwalają, że znaleźli kilka prostych trików, które pozwolą podnieść konwersję. Nie irytuje was to?

Jeden z celów budowy Bazy Wiedzy jest stworzenie rzetelnego źródła wiedzy, którego nie da się podważyć. Wydawana przez nas wcześniej Księga Adsów została pobrana ponad 20 tys. razy. Nie było ani jednego zwrotu. A nie przepraszam – jeden – pani myślała, że kupuje książkę w druku. Nie było żadnych negatywnych recenzji.

Ale wracając do tych panów – chwalenie się drogimi samochodami i sugerowanie, że potencjalny klient też będzie mógł sobie na takie pozwolić po szkoleniu, to najtańszy możliwy chwyt. To działa na pewien typ ludzi, ale sam nigdy nie poszedłbym tą droga. To żerowanie na cudzej naiwności.

Tak samo jak i same szkolenia. Co drugie słowo to buzzword, człowiek wychodzi po takiej przemowie nakręcony, ale po chwili zaczyna się zastanawiać: czego ja się właściwie dowiedziałem?

Takie środki z pewnością pomagają jednak dotrzeć do masowego odbiorcy. Wasze działania są bardziej niszowe – na ilu użytkowników liczycie?

Szczegółowo obserwuje sprzedaż kursów online, frekwencję na konferencjach i to jak te dwie grupy się na siebie nakładają. Na pewno w branży marketingowej, realnie licząc, jest kilkadziesiąt tysięcy osób, które mogą z tego skorzystać.

Ale nie mam złudzeń . W branży siedzi mnóstwo ludzi, którzy wychodzą z założenia – nie znam się na niczym, to zajmę się social mediami. Umiem wrzucać posty, napisze parę zdań, zamówię grafikę. Ale wiedzy marketingowej tam nie ma.

Z drugiej strony jest też cała masa ludzi, którzy mają małe firmy i działy marketingu, które chcą budować zdalnie bez wysyłania ludzi na szkolenia. I im nasza wiedza z pewnością się przyda.

Więcej informacji o premierze Bazy Wiedzy można znaleźć na wydarzeniu pod linkiem: https://www.facebook.com/events/296311807966110/