Dokonał niemożliwego, ograł w sądzie ZUS. Teraz boi się zemsty urzędników

Sąd uznał, że polski przedsiębiorca ma rację w sporze z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Takie historie nie zdarzają się często, bo warunki prowadzenia spraw przeciwko Zakładowi są ekstremalnie trudne. A wygląda na to, że prowadzący firmy powinni się na to nastawić, bo ZUS szykuje się do wzmożonych kontroli.

Bardzo byśmy chcieli opisać dokładne szczegóły tej sprawy. Niestety – nie możemy. Rzeczony przedsiębiorca, obawiając się dalszych nieprzyjemności, prosił o nieudostępnianie większości detali. Mężczyzna walczył z ZUS-em przed sądem, bo Zakład uznał zawarte przez niego umowy za pozorne i nakazał zapłatę dodatkowych składek. Z naszych informacji wynika, że rzecz rozbijała się o kilkadziesiąt umów, a w razie przegranej przedsiębiorca musiałby wyłożyć kilkaset tysięcy złotych.

Za każdym razem, gdy osoba prowadząca w Polsce firmę zdoła skutecznie odwołać się przed wymiarem sprawiedliwości od decyzji ZUS-u, wszyscy piszą o tym w tonie lekkiej sensacji. Tak było np. w przypadku „pana Zygmunta”, który kilka lat temu na łamach „Faktu” dumnie prezentował dowody na zwycięstwo w procesie.

Zobacz także

Okazało się, że zamiast 33 tys. zł zaległych składek, przedsiębiorca miał nadpłatę.

Tak ewidentne sytuacje zdarzają się jednak nad wyraz rzadko. Zazwyczaj potyczka z ZUS-em jest prawdziwą drogą przez mękę, pochłania dużo pieniędzy i czasu, a końcowego zwycięstwa nikt nie jest w stanie zagwarantować. Prawnicy, którzy mieli „przyjemność” sądzić się z ZUS-em jak mantrę podkreślają też, że Zakład jest w swoim działaniu wyjątkowo „zaciekły”.

Kancelaria Radcy Prawnego Pawła Narożnego na swojej stronie opisuje jeden z takich przykładów. Klient kancelarii wygrał z ZUS-em w I i II instancji. Co zrobił Zakład?  Chwycił się ostatniej deski ratunku i wniósł skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego. Tu również przegrał, cała sprawa pokazuje jednak, że dla urzędników, używając piłkarskiej terminologii, stracone piłki nie istnieją. Walka trwa do ostatniej kropli krwi.

Jest takie przekonanie, że przedsiębiorcy nie wygrywają spraw toczonych przeciwko ZUS. Sprawę z ZUS można jednak wygrać przed sądem. Wymaga to wprawdzie znacznego zaangażowania czasowego oraz kosztowego przedsiębiorcy, a także zaciekłości prawnika i dociekliwości sędziego, ale wbrew powszechnym opiniom wygrać można – tłumaczy Bizblog.pl Beata Bieniek-Wiera, adwokat z Kancelarii Żyglicka i Wspólnicy.

Zacznijmy jednak od tego, że w firmie zjawiają się kontrolerzy Zakładu.

Według obserwacji Beaty Bieniek-Wiery zdarza się, że czynności sprawdzające koncentrują się na zebraniu dokumentów i przesłuchaniu kilku pracowników. Jeżeli ZUS znajdzie jakieś nieprawidłowości w kilku przypadkach, potrafi automatycznie rozciągnąć podejrzenia na całe przedsiębiorstwo. I z jednej wątpliwej sprawy robi nam się ok. 100.

A to dopiero początek problemów.

ZUS wydaje decyzje w sprawie ok. 100 osób. Do każdej decyzji przedsiębiorca musi wnieść do sądu odwołanie. Do każdej sprawy trzeba przygotować dokumenty, pójść na oddzielną rozprawę. Każdą osobę ubezpieczoną należy przesłuchać z osobna, a przedsiębiorca powinien pojawić się w sądzie. Choć to ZUS powinien wykazać winę kontrolowanego, to ciężar dowodowy leży de facto po stronie przedsiębiorców – opowiada pani adwokat.

Czasami sądy łączą dwie sprawy w jedną, szczególnie wtedy, kiedy sprawa dotyczy jednego ubezpieczonego i dwóch lub więcej przedsiębiorców, wtedy liczba postępowań może spaść np. o połowę. W przypadku 100 pracowników wciąż daje nam to jednak zawrotną liczbę 50 rozpraw. A to najbardziej optymistyczny wariant, bo jeden pracownik (były lub obecny) może być przesłuchiwany kilkukrotnie (a nie mają ono obowiązku stawiennictwa, co jeszcze bardziej komplikuje sytuację). Przedsiębiorca powinien być obecny na każdym z nich, bo nie wie kiedy sędzia będzie chciał go przesłuchać.

Załóżmy, że przedsiębiorca ostatecznie wygra. W zamian każdy z przedsiębiorców dostaje 180 zł za jedną wygraną sprawę, jeżeli jest ich dwóch a sprawa jest połączona, wówczas dostają zawrotną sumę aż 360 zł. Koszty obrony przedsiębiorcy przed decyzją ZUS, niejednokrotnie zatem przekraczają więc koszty poddania się takiej decyzji, choć to zależy od wysokości zobowiązania wskazanego w decyzji – podkreśla ekspertka.

I wylicza, że pisanie samych odwołań to 1,5 tygodnia.

Przy 50 rozprawach mamy kilku sędziów, ale ich wokandy nie są przecież ustalane, tak by przedsiębiorca przychodził rano i po serii przesłuchań wychodził wieczorem.  Dlatego te 50 rozpraw potrafi ciągnąc się przez kilka miesięcy. W tym czasie właściciel firmy jest w zasadzie wyłączony z prowadzenia działalności. Nawet jak wynajmie prawnika, to jednak powinien być przesłuchany w tych 50 sprawach.

W podjęciu decyzji o walce z ZUS nie pomaga też fakt, że aby podjąć skuteczną obronę należy przedstawić sądowi szczegóły modelu biznesowego przedsiębiorcy – tak właśnie wygraliśmy – mówi adwokat Beata Bieniek-Wiera.

ZUS chce udowodnić, że przedsiębiorcy dzielą jednego pracownika na dwie umowy dwóch różnych firm, żeby płacić mniejsze składki. By udowodnić, że tak nie jest, trzeba pokazać naprawdę dużo, łącznie z informacjami o przepływach finansowych między kontrahentami.

To właśnie tego typu sprawy, według Beaty Bieniek-Wiery, obecnie zaczynają dominować wśród przedsiębiorców.

Nagminną praktyką ZUS obecnie jest kwestionowanie zastosowania przez przedsiębiorców i zleceniobiorców art. 9. [Zbieg tytułów ubezpieczeń] ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych – zauważa.

W największym skrócie chodzi o to, że jeżeli dochodzi do sytuacji, w której pracownik ma dwa tytuły do ubezpieczeń społecznych (np. podpisana umowa o pracę i zlecenie jednocześnie), to może zdecydować, że przy tej drugiej nie płaci składek (poza zdrowotną).

Jeżeli mamy dwóch przedsiębiorców i jeden proponuje umowę o pracę, a drugi umowę zlecenie, to wszyscy zaczynają coś podejrzewać. Mimo, że to działanie całkowicie zgodne z prawem. To efekt tego, że w Polsce wciąż funkcjonuje stereotyp, który każe widzieć w przedsiębiorcach kombinatorów – opowiada pani adwokat i dodaje, że szczególnie narażone na kontrole są spółki grupy kapitałowej, które ze sobą współpracują.

Wychodzi więc na to, że ZUS znalazł sobie kolejne ofiary.

Wcześniej na celowniku Zakładu znalazły się przedsiębiorcze kobiety, które zakładały działalność przez pójściem na urlop macierzyński. Maksymalna miesięczna wysokość świadczenia mogła sięgnąć nawet 6 tys. zł.

ZUS odcinał się wprawdzie od słów „nagonka”. Faktem jest jednak, że same przedsiębiorczynie poczuły się osaczone. 150 kobiet zwróciło się w tej sprawie o pomoc do Rzecznika Małych Średnich Przedsiębiorców oraz Rzecznika Praw Obywatelskich.

Zapytaliśmy rzecznika ZUS o to, czy Zakład prowadzi statystykę dot. kontroli u przedsiębiorców zakwestionowanych przez sąd, jaką część spraw stanowią te, związane z art. 9. Pytaliśmy także, czy ZUS-owi zdarzało się rozciągać kontrole kilku pracowników na całą firmę. Do momentu publikacji nie doczekaliśmy się jednak odpowiedzi.