Polacy posprzątają po Elonie Musku. Kosmiczni śmieciarze będą hitem na naszym rynku pracy

Kosmiczni śmieciarze i mechanicy orbitalni – to może być nasza polska nisza. I wbrew temu, jakie postrzeganie mają te zawody na Ziemi, to byłby gigantyczny prestiż i przede wszystkim szansa na zagarnięcie poważnej części bardzo ważnego rynku. Neutralizowanie śmieci i zarządzanie ruchem w kosmosie to jedno z najważniejszych wyzwań, jakie czeka ludzkość. Ktoś w końcu będzie musiał posprzątać po Elonie Musku.

Kiedy wy 25 grudnia 2019 r. nakładaliście sobie kolejną porcję makowca, jeden z polskich satelitów – BRITE2-PL Heweliusz, służący obserwacji jasności gwiazd, ledwo uniknął tragedii. Zaledwie o jedenaście metrów od niego przeleciał odrzucony człon rakiety Pegasus. 11 metrów na orbicie to nic, to jak muśnięcie policzka.

Odrzucony człon rakiety, który prawie zniszczył polskiego satelitę, to kosmiczny śmieć pędzący z prędkością 15 tys. km/h. Gdyby jednak trafił w BRITE2, oba obiekty roztrzaskałyby się, tworząc tysiące kolejnych śmieci, stanowiących zagrożenie dla obiektów kosmicznych.

Bizblog.pl poleca

Wyobrażacie sobie, jak lawinowo rośnie zagrożenie w takiej sytuacji? W kosmosie, gdzie każdy taki obiekt pędzi z prędkością 15 tys. km/h i nawet kilkumilimetrowy element staje się pociskiem. A takich elementów już dziś w kosmosie lata około miliona, i to tylko tych o średnicy powyżej 1 cm. A nawet odprysk farby w takich warunkach może uszkodzić innego satelitę.

W kosmosie robi się tłoczno

Teraz wyobraźcie sobie, co będzie się działo za kilkanaście/kilkadziesiąt lat. Wkrótce zadebiutuje pierwsza megakonstelacja satelitarna Starlink, należąca do Elona Muska, która ma dostarczać bezprzewodowy internet do najbardziej nawet niedostępnych miejsc na świecie. Konstelacja będzie się składała z 42 tys. satelitów. A takich konstelacji w przyszłości możemy mieć w kosmosie sześć, może siedem.

Eksperci, pół serio pół żartem już dziś mówią, że niebo będzie świeciło. Myślicie, że to jakieś science fiction? To się dzieje już dziś. Zaledwie kilka dni temu, 21 stycznia można było w Polsce obserwować tego namiastkę. Nad naszymi głowami przeleciało 60 satelitów – kolejne z paczki wystrzelone przez Elona Muska. Z Ziemi widoczne były jak swoisty kosmiczny pociąg. Ten pociąg kiedyś stanie się górą kosmicznych śmieci.

Musk ma zresztą na koncie już wiele przygód w kosmosie. Kilka miesięcy temu jeden z satelitów Starlink był na kursie kolizyjnym z Międzynarodową Stacją Kosmiczną (ISS). ISS musiała odpalić silniki i uchylić się przed uderzeniem. Również w ubiegłym roku inny satelita Muska niemal zderzył się z satelitą należącym do Europejskiej Agencji Kosmicznej. Takie uchylanie się przed „strzałem” to wcale nie rutyna.

I nie jeden Musk jest tu zagrożeniem. Wiele krajów i firmy prywatnych ma swoje satelity w kosmosie. Są ich tysiące, a ten coraz większy tłok powoduje, że trzeba w końcu zacząć zarządzać ruchem – to po pierwsze. A po drugie – zacząć zbierać śmieci, które są coraz poważniejszym zagrożeniem. Polska ma nadzieję zabłysnąć i w jednym i w drugim obszarze.

Polska chce zawalczyć o śmieci

Za śmieci w kosmosie na poważnie zabiera się Europejska Agencja Kosmiczna w ramach programu Space Safety – przede wszystkim w tzw. niskiej orbicie okołoziemskiej, na której znajduje się większość satelitów. Cel jest taki, by zrobotyzowane satelity przechwytywały śmieci i ściągały je do atmosfery, by w niej spłonęły. W przyszłości można by również zapobiegać tworzeniu się śmieci, serwisując satelity w kosmosie, lub choćby tankując je, by wydłużyć ich żywotność.

Na realizację tego programu Europejska Agencja Kosmiczna przeznaczyła 600 mln euro, o które mogą się ubiegać również firmy i instytucje naukowe z polskiego sektora kosmicznego. A ten wygląda obiecująco i, zdaniem Polskiej Agencji Kosmicznej, ma szansę wyspecjalizować się w aktywnym usuwaniu śmieci kosmicznych i orbitalnych pracach serwisowych.

Biorąc pod uwagę, już zrealizowane projekty polskich firm i uczelni (np. ramię robotyczne) należy założyć znaczący udział polskich podmiotów

– informuje Polska Agencja Kosmiczna.

A jej prezes, Michał Szaniawski dodaje, że polskie podmioty naprawdę mają szanse wyprzedzić rynek, wyspecjalizować się i zająć tę niszę.

Pierwsza kosmiczna śmieciarka powinna znaleźć się w kosmosie do 2025 r. Cel: usunięcie nieaktywnego satelity ESA o wadze do 100 kg. Ale to dopiero początek.

„Uwaga, będzie czołówka”

Drugim co do wielkości wyzwaniem jest zarządzaniem ruchem w kosmosie. Pamiętacie 25 grudnia i BRITE2? Wtedy eksperci mogli się jedynie przyglądać, czy do zderzenia dojdzie, czy nie, bo BRITE nie ma silników, nie mógł więc się przemieścić, by uniknąć kolizji. Ale w wielu przypadkach uniknięcie jej jest możliwe, ale najpierw trzeba wiedzieć, że dwa obiekty są na kolizyjnym kursie.

Tym zajmuje się obszar Space Situational Awarness (w skrócie SSA), czyli Świadomość Sytuacyjna Przestrzeni Kosmicznej, w który Polska Agencja Kosmiczna również mocno się zaangażowała, przystępując w styczniu 2019 r. do działającego przy Komisji Europejskiej Konsorcjum EU Space Surveillance and Tracking (EUSST). 

To coś innego niż Europejska Agencja Kosmiczna. Do niedawna jedynie Stany Zjednoczone były w stanie dostarczać całemu światu informacji o potencjalnych zagrożeniach wynikających w kolizji w kosmosie. Komisja Europejska uznała, że Europa powinna mieć własny system obserwacji orbity, ostrzegania o potencjalnych kolizjach, informowania, że jakiś obiekt uległ destrukcji albo zbliża się, by ponownie wejść w atmosferę, co wcale nie zawsze kończy się spaleniem, zdarza się, że obiekty spadają na Ziemię.

I tak w 2015 r. powstało europejskie konsorcjum składające się z 5 krajów: Francji, Niemiec, Włoch, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. Polska w 2019 r. dołączyła do tego grona wraz z Portugalią i Rumunią. Istotne, że nie każdy może do konsorcjum dołączyć. Państwo musi mieć m.in. sieć wysokiej klasy teleskopów i urządzeń laserowych. My mamy.

„Specjaliści z konsorcjum EUSST prowadzą obserwacje przy pomocy teleskopów, radarów i stacji laserowych. Na tej podstawie budują modele ruchu na orbicie, co pozwala przewidywać potencjalne zagrożenia. Sygnały takie pojawiają się dość często i od razu przekazywane są operatorom satelitów.” – wyjaśnia Polska Agencja Kosmiczna. Przekazywanie tych informacji to usługa. Płatna. I z czasem będzie to coraz więcej wart biznes.

Coraz więcej pieniędzy. Ale dlaczego Polska miałaby wygrać ten wyścig?

Już dziś w ten system zaangażowanych jest kilka polskich podmiotów i zgłaszają się kolejne – firmy, jednostki naukowe. A PAK w ramach konsorcjum negocjuje kolejne pieniądze. Pierwszy grant wynosił 7 proc. budżetu konsorcjum – prawie 2 mln euro. Niedużo. Ale obecnie PAK negocjuje następny, znacznie większy.

Do tego podstawowy budżet PAK też systematycznie rośnie. W poprzednim roku wynosił 10 mln zł i był dwukrotnie większy niż jeszcze rok wcześniej.

W tym roku liczę, że będzie trzy-, a może nawet czterokrotnie większy

– twierdzi Michał Szaniawski, prezes PAK.

Wygląda na to, że Polska zaczyna naprawdę poważnie traktować biznesowy potencjał kosmosu. I w dodatku uważamy, że mamy szansę zyskać przewagę konkurencyjną.

– Zdolność działania w ramach SSA jest uzależniona od posiadania odpowiednio rozbudowanej sieci sensorów oraz możliwości przetwarzania otrzymywanych przez nie danych. Biorąc pod uwagę, że polskie sensory zlokalizowane są na całym świecie, mają bardzo dobre możliwości w zakresie wykrywania oraz śledzenia satelitów poruszających się na średniej (tzn. MEO) oraz geostacjonarnej (tzn. GEO) orbitach Ziemi. Istotnym wyzwaniem jest jednak połączenie wszystkich sensorów w jedną sieć. Polskie ośrodki naukowe oraz firmy prywatne od lat budują z bardzo dobrymi rezultatami, swoje kompetencje w zakresie SSA – w szczególności w zakresie teleskopów optycznych oraz obserwacji prowadzonych przy użyciu lasera. Podmioty należące do polskiego sektora kosmicznego; działające w obszarze SSA, pozyskały w ostatnich latach znaczące środki na realizację projektów umożliwiających rozwój technologii i dalsze budowanie kompetencji w tym obszarze – komentuje PAK.

A więc potencjał do zbudowania przewagi jest. Byleby nie skończyło się jak z polskim grafenem czy niebieskim laserem.