Rząd przedstawi nową politykę klimatyczną. Przełom czy nowa prowizorka?

Polityka klimatyczna i energetyczna ma się znaleźć na nowych torach. Szczegóły powinniśmy poznać już w przyszłym tygodniu. Tak przynajmniej zapowiada Ministerstwo Klimatu.

Nie jest zbyt łaskawa Bruksela dla Warszawy w tym roku. Nie dość, że w Parlamencie Europejskim przeprowadzono w tym czasie już dwie debaty dotyczące stanu praworządności w naszym kraju, to na dodatek nowa Komisja Europejska ani myśli zwalniać z zapowiadanej już wcześniej neutralnością klimatyczną od 2050 r. oraz z ogłoszonego dopiero co Zielonego Ładu dla Europy

Bizblog.pl poleca:

Jak wierzyć ostatnim doniesieniom z centrali UE – ze względu na to, że jako jedyny kraj całej Unii na razie nie zgodziliśmy się na neutralność klimatyczną Starego Kontynentu od 2050 r. – musimy liczyć się z ostrymi cięciami dotyczącymi Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, którego wstępnie budżet określono na 7,5 mln euro, a którego największym beneficjentem miał być właśnie kraj nad Wisłą. Ale nic z tego. Za to, że nie stajemy wraz z innymi w jednym szeregu do walki ze zmianami klimatycznymi zamiast wcześniej zapowiadanych 2 mld euro, w ramach Funduszu, mamy dostać tylko połowę. Miliard euro umknie nam bezpowrotnie.

Pobudka rządu i nowa polityka klimatyczna

Kolejny raz okazało się, że nic tak nie działa na wyobraźnię, jak konkretne sumy pieniędzy. A skoro z Brukseli napływają średnio dobre dla nas informacje, to – zwłaszcza biorąc pod uwagę kalendarz wyborczy – trzeba reagować. Tym razem posłańcem dobrej nowiny namaszczony został Ireneusz Zyska, wiceminister klimatu i pełnomocnik rządu ds. OZE.

Podczas II konferencji Kolej na Energię zorganizowanej przez klaster Luxtorpeda 2.0 wiceminister zasugerował, że już w przyszłym tygodniu mamy poznać – w całości lub etapami – resortowe propozycje w tym zakresie.

Ministerstwo Klimatu przygotowuje nową politykę klimatyczno-energetyczną – oznajmił Ireneusz Zyska.

I to z tym pakietem propozycji premier Morawiecki ma się udać w czerwcu do Brukseli, żeby pokazać, że aż tak daleko od tej neutralności klimatycznej w 2050 r. nie jesteśmy i przekonać, że nie ma sensu zabierać nam miliarda euro z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji.

To będzie slalom, żadna rewolucja

Ale na to, że poznamy np. precyzyjny, skreślony na najbliższą dekadę plan odejścia od węgla, od którego obecnie jesteśmy uzależnieni w ok. 77 proc. – nie ma co liczyć. Przecież już w grudniu zeszłego roku Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność” wzywała polski rząd do odrzucenia wszystkich, klimatycznych propozycji, jakie padły podczas Rady Europejskiej. Na szczęście ostateczne rozmowy dotyczące podziału środków w ramach Funduszu Transformacji odbędą się już po wyborach prezydenckich w Polsce (te zaplanowano na maj) i może chociażby z tergo względu można liczyć na ciut przynajmniej mniejszą dawkę populizmu. 

Z drugiej strony merytoryczny ton z takiej dyskusji bez problemu może wyrzucić coraz większa presja na rządzących i na spółki górnicze ze strony samych górników. Ci nieustannie żądają 12-procentowej podwyżki, a na 28 lutego planują manifestację w Warszawie. Biorąc pod uwagę ostatnie wypowiedzi przedstawicieli Ministerstwa Aktywów Państwowych, którzy – podobnie zresztą jak od miesięcy zarząd PGG – uważają, że spółki zwyczajnie na takie podwyżki nie stać – demonstracja staje się coraz bardziej prawdopodobna. Przykładów z ostatnich 30 lat na to z kolei, jak determinacja górników w stolicy potrafi kruszyć opór władzy – nie brakuje.

To wcale jednak nie znaczy, że za chwilę Ministerstwo Klimatu pokaże dokładny plan energetycznej rewolucji. Na to nie ma co liczyć. Przecież od lat politycy – tak z lewej, jak i z prawej strony – prześcigają się jedynie w datach, kiedy to ich zdaniem energia w Polsce nie będzie już pochodzić z węgla. Niestety, na poparcie swoich terminów nie mają żadnych wyliczeń i alternatywnych scenariuszy, chociażby dla ok. 83 tys. górników zatrudnionych w Polskiej Grupie Górniczej – najwięcej w Europie.

Obecność węgla zaczynamy odczuwać w kieszeniach

Polski plan transformacji energetycznej, czy się to komuś podoba, czy nie – musi zawierać drogowskaz wskazujący kierunek i czas odchodzenia od węgla. I nie ma w tym krzty emocji, czy ideologii. To raczej matematyka i pragmatyzm. Wystarczy przecież spojrzeć na akcje spółek węglowych i energetycznych (których działalność jest w pełni lub prawie w pełni oparta na „czarnym złocie”), które od miesięcy lecą na łeb na szyję. Tak się dzieje chociażby w przypadku tracących z miesiąca na miesiąc wartość udziałami JSW czy PGE. 

Zresztą coraz bardziej zieloną politykę UE zaczynamy odczuwać już we własnych kieszeniach. Jeszcze rok temu rządowi przez legislacyjną ekwilibrystykę udało się nas uchronić przed podwyżkami cen prądu (a te determinowane są przede wszystkim kilkukrotnym wzrostem cen za uprawnienie emisji CO2 – w ramach europejskiego systemu ETS). Ale w obecnych 12 miesiącach już to odczujemy w swoich kieszeniach. To właśnie galopujące ceny prądu mają być jednym determinantów coraz bardziej szalejącej u nas inflacji.

Szykuje się kolejna klimatyczna prowizorka

Mimo to stawiam orzechy przeciwko dolarom, że wśród nowych propozycji ze strony Ministerstwa Klimatu częściej znajdziemy modyfikację istniejących mechanizmów niż propozycje całkiem nowych rozwiązań. Być może wreszcie do programu „Czyste Powietrze” dołączą wreszcie – o co apeluje bezskutecznie od początku Bank Światowy – gminy i banki komercyjne, które pomogą w dystrybucji środków. Może czeka nas nowe otwarcie w polityce offshore. Przecież jeszcze rok temu Ministerstwo Energii na poważnie rozważało zniesienie zasady 10H (zakaz budowy turbin wiatrowych w odległości mniejszej od dziesięciokrotności ich całkowitej wysokości). 

Niewykluczone, że przepisowy lifting czeka też inny program rządowy – „Mój Prąd”, którego budżet wynosi miliard zł, a dotacji powinno w sumie starczyć dla ponad 200 tys. prosumentów. Dzięki tej inicjatywie – jak wskazuje SolarPower Europe, stowarzyszenie zrzeszające podmioty z branży energetyki fotowoltaicznej – nasz kraj plasuje się na 5. miejscu w Europie pod względem przyrostu mocy w PV. A skoro coś tak dobrze działa – to warto to jeszcze bardziej ulepszyć.

Jestem przekonany, że w nowym otarciu Ministerstwa Klimatu usłyszymy też o bloku węglowym w Elektrowni Ostrołęka, który powstaje kosztem co najmniej 6 mld zł. Po odmowie finansowania ze strony PGE i zakręceniu kurka z pieniędzmi przez Eneę i Energę dalsza przyszłość inwestycji stanęłam pod znakiem zapytania. Ale rządzący szybko zaczęli uspokajać.

Minister Jacek Sasin stwierdził nawet, że nowy blok energetyczny z pewnością w Ostrołęce powstanie. Tyle że już nie jest takie pewne, czy na węgiel. Padły sugestie, że to czy „czarne złoto” zastąpi gaz, czy może wodór – zależeć może w głównej mierze od…. Orlenu, który zamierza przejąć Energę, jednego więc z głównych inwestorów w Elektrowni Ostrołęka.

Na to, że UE zwolni – nie ma co liczyć

Właśnie tak może wyglądać nowa polityka klimatyczna Made in Poland, której przynajmniej główne zamierzenia mamy poznać już w przyszłym tygodniu. Ale to będzie jak wolny trucht w porównaniu ze sprintem Brukseli. Co gorsza: ta ani myśli zwalniać, wręcz odwrotnie. Wszak coraz głośniej mówi się o podatku węglowym w ramach Zielonego Ładu. Albo o włączeniu do systemu uprawień emisji także metanu. Chociażby tylko z tych powodów wynika, że w najbliższych latach energia z węgla będzie coraz droższa – głównie przez działania odchodzącej od niej UE – nie ulega żądnej wątpliwości.