Inflacja 8 proc.? Dobre sobie. Polacy wiedzą lepiej od ekonomistów i wzrost cen liczą już w tempie dwucyfrowym

Prognozy analityków i banku centralnego chyba nie przekonały Polaków. Świąteczne wydatki będą dużo wyższe niż rok temu i jeśli wierzyć deklaracjom, część z nas uważa że inflacja może przekroczyć 10 proc.

Na prezenty, urlopy i załadowanie stołów, tak by uginały się od jedzenia, Polacy chcą wydać średnio 2129 zł – wynika z raportu Zakupy świąteczne 2021 przygotowanego przez Deloitte. To o 200 zł więcej niż w ubiegłoroczne święta. Wzrost cen sięga 11 proc.

Czyżby pragnąc zrekompensować sobie kolejny pandemiczny rok, postanowiliśmy rzucić się pod koniec roku w wir zakupów? Zapomnieć się na chwilę w szalonym konsumpcyjnym tańcu? Gdzie tam. Zdaniem Anity Bielańskiej, dyrektor w dziale Konsultingu, liderka Consumer Industry w Deloitte, odpowiedź jest prosta. Chodzi o inflację.

Głównym powodem zwiększenia wydatków są wzrosty cen w sklepach i na stacjach benzynowych, które dostrzega ponad 70 proc. społeczeństwa. Na te same produkty, które kupowaliśmy w zeszłym roku, w tym trzeba przeznaczyć więcej

– wyjaśnia ekspertka.

Polacy sami prognozują inflację

No dobrze, ale wszyscy przecież pamiętamy, że ostatni wstępny odczyt inflacji CPI mówił o 7,7-proc. wzroście cen. Skąd więc 11 proc.? Idąc powyższym tokiem myślenia teza snuje się sama. Po prostu nie bardzo dowierzamy tym wszystkim analizom, którymi karmiono nas przez ostatnie miesiące. Wzrost cen już dawno rozjechał się z celem inflacyjnym banku centralnego.

Mylą się też zewnętrzni analitycy. Eksperci Goldman Sachs przecierali pewnie oczy ze zdumienia widząc, że w listopadzie ceny poszybowały w górę o 7,7 proc. Oni sami sądzili, że będzie to najwyżej 7,3 proc.

Bizblog.pl poleca

Co czeka nas dalej? Jak widać, Polacy już wiedzą. A ekonomiści? ING BSK prognozuje, że w grudniu ceny pójdą w górę o 8,5 proc. w porównaniu do 2020 r.

Przeglądając stare analizy, łezka może zakręcić się ukradkiem w oku. Dla przykładu jeszcze niedawno eksperci z Santander Banku i XTB szacowali, że na początku 2022 r. inflacja sięgnie 8 proc.

Ba, w sierpniu PKO BP zakładało, że w grudniu inflacja wyniesie… 5 proc. Nad ekonomistami największego banku w Polsce nie ma się jednak co pastwić, bo w sprawie wzrostu cen mylą się ostatnio nad Wisłą prawie wszyscy. I prawie non stop ich nie doszacowują.

Na co w święta wydamy zaskórniaki?

Jeżeli wierzyć deklaracjom – głównie na prezenty, jedzenie i podróże. Pod tym ostatnim należy chyba rozumieć wyjazdy do rodzinnych miejscowości, bo budżet zamyka się średnio w 333 zł. To o ponad połowę więcej niż w zeszłym roku. No, ale w 2020 r. cena benzyny krążyła wokół 4,7-4,8 zł za litr, a teraz znacznie przekracza 6 zł. W dodatku w 202o r. część Polaków została w domach, obawiając się o swoje zdrowie.

O 10 proc. więcej wydamy natomiast na żywność i napoje. Przeciętnie 994 zł. W ten sposób odhaczyliśmy sobie już dół piramidy świątecznych potrzeb. A teraz przyjemności. Prezenty mają kosztować około 546 zł. To wzrost o ledwie 2 proc., czyli realnie będziemy w tym roku w stanie kupić mniej kosmetyków, elektroniki (tu inflacja w październiku sięgnęła 5 proc.), gier, książek, zabawek i innych choinkowych akcesoriów niż w ubiegłe święta.

źr: GUS

Jeśli wczytać się w te dane nasuwa się jedna trochę smutna obserwacja. Boże Narodzenie nie będzie urządzone na bogato. Właściwie, biorąc pod uwagę, że większość Polaków nie widziała od dawna podwyżki na oczy, będzie wręcz na odwrót. Wydamy dużo pieniędzy, a mimo to pod bożonarodzeniowym drzewkiem znajdziemy mniej prezentów.

Na koniec mała rada. Przyszły rok może przywitać nas jeszcze większą drożyzną, bo wciąż nie wiemy czy Rada Polityki Pieniężnej zamierza podwyższać stopy procentowe, a premier Morawiecki mówi o walce z inflacją dopiero w II kwartale 2022 r. Na wszelki wypadek lepiej ładujcie rybie łuski w portfele.