To najlepszy moment, żeby załatwić sobie podwyżkę. Szef nigdy tak się nie bał, że możesz odejść

Dane pokazują to jasno – rosną i ceny, i płace. Zresztą trudno, żeby wynagrodzenia stały w miejscu, skoro brakuje pracowników . Żeby zatrudnić kogokolwiek nowego, trzeba mu zapłacić więcej niż tym, których się zatrudniło rok temu, nie wspominając o tych sprzed pięciu, czy dziesięciu lat – pisze Rafał Hirsch w najnowszym felietonie dla Bizblog.pl.

Niesamowite rzeczy dzieją się na polskim rynku pracy. Na przykład spółka LPP ogłosiła, że od 1 stycznia wszyscy pracownicy dostaną 10-proc. podwyżki. Takie rzeczy nie zdarzają się często.

Uważamy, że ludzie ciężko pracowali w ostatnich kwartałach i zasługują na docenienie. Stąd nasza decyzja nie tylko o podwyżkach wynagrodzeń. (…) Zdajemy sobie sprawę z rosnącej inflacji i kosztów życia, stąd nasze decyzje – to słowa prezesa i głównego akcjonariusza LPP Marka Piechockiego.

I świetnie. Chociaż podejrzewam, że obok dbania o dobre relacje z pracownikami jest to też pochodna tego, co dzieje się w gospodarce. Mówiąc inaczej, prezes LPP i wielu innych przedsiębiorców w Polsce pewnie trochę nie mają wyjścia. A z drugiej strony są w sytuacji, w której wzrost kosztów związanych z podniesieniem wynagrodzeń może dzięki inflacji uda się przerzucić na klientów.

Bizblog.pl poleca

To wszystko element cyklu. Na początku mieliśmy nagły wypadek w postaci pandemii i reakcję w postaci potężnego impulsu fiskalnego. Impuls podtrzymuje przy życiu gospodarkę, ograniczając straty, ale potem pojawiają się odsunięte w czasie skutki.

Koniec lockdownów oznacza większy od jakichkolwiek oczekiwań wzrost popytu praktycznie na wszystko, który przez wiele miesięcy nie maleje, bo zasilają go wciąż te wszystkie pieniądze, które zostały wpuszczone w gospodarkę w ramach tego pierwotnego impulsu. To oznacza, że trzeba produkować wszystkiego więcej. Polska gospodarka od roku więc zasuwa do przodu jak rzadko, a najważniejszymi zmartwieniami przedsiębiorców są braki.

Brakuje towarów, podzespołów, surowców, części, a przy okazji brakuje też ludzi. To wszystko wywołuje oczywiście najwyższą od ponad dwudziestu lat inflację – skoro wszystkiego brakuje, to ceny tego wszystkiego idą w górę, przekładając się na wzrost kosztów w firmach. Z drugiej strony ogromny popyt podkręcany kasą z tarcz antykryzysowych i do niedawna rekordowo niskimi stopami procentowymi wytrzymuje każdą podwyżkę cen. Ludzie narzekają i marudzą, ale tak naprawdę ciągle stać ich na to, żeby płacić za wszystko więcej. Przynajmniej w skali całej gospodarki krzywda się nie dzieje.

Dane pokazują to jasno – średnio rosną i ceny, i płace. Zresztą trudno, żeby wynagrodzenia stały w miejscu, skoro pracowników też brakuje. Żeby zatrudnić kogokolwiek nowego, trzeba mu zapłacić więcej niż tym, których się zatrudniło rok temu, nie wspominając o tych sprzed pięciu, czy dziesięciu lat.

Podwyżki wynagrodzeń rozkładają się jednak nierówno

Pozbawiony związków zawodowych, które dbałyby o prawa pracowników, polski rynek pracy działa tak, że większość nigdy nie dostaje żadnej podwyżki. Na wzrost wynagrodzenia można liczyć głównie wtedy, gdy pracę się zmienia – to często jedyna okazja, aby móc sobie wynegocjować większe pieniądze. Zresztą większość nie potrafi tych negocjacji prowadzić, bo w szkołach tego nie uczą. W porywach co najwyżej uczą „przedsiębiorczości”, ale też rzadko. Tego jak sobie radzić jako pracownik najemny nie uczą w ogóle.

Coś, co w statystykach dotyczących całej gospodarki wygląda świetnie, dla większości ludzi jest fikcją. Chociaż jest to prawda, bo płace w Polsce naprawdę rosną o ponad 8 proc. rocznie, czyli jeszcze szybciej niż inflacja. Tyle że na ten wzrost mogą składać się podwyżki znacznie większe dla niektórych i brak podwyżek dla większości.

W firmie, która zatrudnia na przykład 20 osób zarabiających po 5 tys. zł, miesięczny koszt wynagrodzeń to 100 tys. zł. Jeśli każdy dostanie podwyżkę o 400 zł do 5,4 tys. zł, czyli o 8 proc., wtedy wynagrodzenia średnio też wzrosną o 8 proc. Natomiast jeśli jeden z pracowników dostanie podwyżkę z 5 tys. do 13 tys. a reszta zostanie z niezmienioną pensją, wtedy wynagrodzenia średnio…też wzrosną o 8 proc. Bo dzięki jednej podwyżce z 5 na 13 tys. łączny koszt podskoczy ze 100 tys. do 108 tys.

A gdyby ten skok był z 5 tys. do 15 tys. ,to pozostałym można by nawet wynagrodzenia nieco obniżyć i wtedy dalej średnio byłby to wzrost o 8 proc. Statystyka nie kłamie, ale często nie pokrywa się z osobistymi doświadczeniami większości ludzi.

Najwyraźniej jednak coś się po tej pandemii ruszyło, skoro LPP postanowiło podnieść pensje wszystkim. Dane dotyczące polskiego rynku pracy wyglądają zadziwiająco. Stopa bezrobocia właśnie spadła do 5,4 proc. W listopadzie, co zdarza się generalnie rzadko, o tej porze roku bezrobocie zazwyczaj sezonowo rośnie.

Z danych firmy Grant Thornton wynika, że liczba nowych ofert pracy w listopadzie była o 58 proc. większa niż rok temu, o 15 proc. większa niż dwa lata temu i przekroczyła 300 tysięcy. Na koniec trzeciego kwartału według Polskiego Instytutu Ekonomicznego w Polsce było 150 tysięcy wakatów i to pomimo tego, że w ciągu ostatniego roku zatrudnienie w Polsce urosło o ponad 300 tysięcy osób.

Aż 30 proc. firm w Polsce przyznaje, że planuje podwyżki płac

To wszystko oznacza, że generalnie sytuacja sprzyja zawalczeniu o większe pieniądze. To najprawdopodobniej właśnie jest ten moment i nie będzie on trwał wiecznie.

Internety pełne są rad dotyczących tego jak inwestować, jak robi to na przykład Warren Buffett i inni wielcy i znani oraz bardzo bogaci. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że kluczowe z tych rad mogą dotyczyć też zachowania pracowników na rynku. Wiadomo, że chodzi w nich głównie o to, żeby kupić tanio i sprzedać drogo.

Kluczem do sukcesu dla takiego Buffeta jest cierpliwość i czekanie na odpowiednią okazję do wejścia w inwestycję. Bo sytuacje, w których naprawdę warto to zrobić, gdy prawdopodobieństwo sukcesu jest duże, a ryzyko straty mniejsze niż zwykle, zdarzają się tylko raz na jakiś czas. Chodzi o to, żeby być na nie przygotowanym i ich nie przegapiać. Dotyczy to rynków akcji, rynków nieruchomości, dotyczy to państw, które wykorzystują moment, gdy stopy procentowe i koszty obsługi długu są rekordowo nisko, aby zadłużyć się na zapas.

Sytuacje, w których szansa na to, że nasza propozycja zwiększenia wynagrodzenia zostanie przyjęta ze zrozumieniem i osiągniemy pożądany skutek, też należą do rzadkości. Umowy o pracę to rodzaj długoterminowego kontraktu, który nie ma mechanizmu dostosowywania ceny do zmian na rynku, jak kontrakty na dostawę gazu czy ropy. Tym bardziej warto łapać okazje, które dostajemy dzięki zmianom na rynku i poprawiać sobie warunki tego kontraktu. Warto więc wczuć się w rolę Buffeta i spróbować nie przegapić tej okazji. Na kolejną podobną być może trzeba będzie czekać lata.

Ryzyko, że usłyszymy ripostę o tym, że jak nam się nie podoba, to możemy zrezygnować i poszukać innej pracy, jest dzisiaj znikome.

Rafał Hirsch – dziennikarz ekonomiczny, nagradzany między innymi przez NBP (Najlepszy dziennikarz ekonomiczny 2008) i Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (Heros Rynku Kapitałowego 2012). Współtwórca m.in. TVN CNBC i next.gazeta.pl. Obecnie współpracownik Business Insidera i Tok FM.