Dwa loty rocznie na Polaka. Brzmi głupio? Tych zmian już nie powstrzymacie

Kiedyś mieliśmy w PRL-u kartki na mięso bez kości. Dzisiaj przydałoby się je przywrócić, ale w trochę innym celu. Nie dlatego, że czegoś nam brakuje, a raczej z powodu tego, że mamy czegoś za dużo. Świat zastanawia się nad limitami lotów dla obywateli.

Pandemia przyspieszyła nieuniknione. Rozmowy na temat ograniczenia liczby lotów rozkręciły się w najlepsze. Francuzi wprowadzili prawo zakazujące lotów na krótkich odcinkach krajowych, Nowa Zelandia rozważa podniesienie cen, by zniechęcić część turystów do przylatywania do swojego kraju.

Bizblog.pl poleca

Takie plany sięgają jednak dużo dalej. Od kilku lat coraz śmielej przebija się do debaty publicznej pewna idea: A gdyby tak wprowadzić odgórne ograniczenia dla obywateli?

To dość radykalny krok

Nie chodziłoby już wyłącznie o proste podnoszenie cen, nakładanie podatków lotniczych. To już się dzieje, ale takie kraje jak Austria, Niemcy czy Szwajcaria chcą po prostu dołożyć nieco do kosztów zakupu biletu, by obłędne promocje Ryanaira czy Wizzaira stały się nieco mniej obłędne. To przecież kwestia kilkunastu-kilkudziesięciu euro. Dla konsumenta zarabiającego w europejskiej walucie kwota jak najbardziej do przełknięcia.

Tymczasem wprowadzenie limitu na liczbę lotów na obywatela zmieniłoby całkowicie stan gry. Gdy kilka lat temu taki pomysł w rozmowie z ‘Gazetą Wyborczą” rzucił socjolog Maciej Gdula, wybuchła burza.

Albo będziemy wprowadzać wspólne ograniczenia, albo dokonywać redystrybucji. Można na przykład przemyśleć limit na podróże lotnicze

– dowodził Gdula

I proponował, by limity obejmowały liczbę kilometrów do wylatania na każde 12 miesięcy. Pokonałeś w ciągu roku 15 tys. kilometrów? Biletu, ot tak, już nie kupisz. Lepiej siedź na tyłku.

W 2018 r. wydawało się to dla wielu wariactwem

Podobne hasła rzucane są od czasu do czasu w różnych zakątkach świata. Idee kiełkują i czekają na sprzyjającą okazję, by pokazać się w całej okazałości.

Niedawno z konkretną propozycją nałożenia ograniczeń na podróże wyszła norweska Partia Zielonych. Nie jest to już ekscentryczny slogan z wywiadu. Nie chodzi o słowa wypowiedziane przez aktywistę, czy mocno lewicującego polityka z tylnych ław parlamentu. Mówimy o ugrupowaniu, które po wyborach ma pełnić funkcję języczka u wagi. Bardzo prawdopodobnego kandydata do utworzenia koalicji.

Parta Zielonych w przyszłym rządzie nie będzie z pewnością grać pierwszych skrzypiec. Jako gwarant utrzymania większości sejmowej będzie mogła jednak forsować niektóre postulaty ze swojego programu wyborczego. A część z nich bije właśnie w przemysł lotniczy.

Partia Zielonych nie ujawniła szczegółów. Wiadomo, że każdy obywatel dostałby limit lotów do wykorzystania na przestrzeni całego roku. Jeżeli ktoś wykorzysta swoją pulę, będzie mógł odkupić zezwolenie od osoby, która nie wyczerpała limitu. Liczba dozwolonych podróży ma uwzględniać różnice geograficzne i społeczno-ekonomiczne.

To nie wszystko. Skandynawowie domagają się także likwidacji sklepów bezcłowych. Bo ich zdaniem stanowią one dodatkowy magnes dla konsumentów, który skłania ich do wizyty na lotnisku. W Norwegii, w kraju, w którym zdobycie alkoholu jest trudniejsze niż kupno twardych narkotyków w Polsce, być może ma to sens.

No i na końcu crème de la crème – zakaz reklamy lotów krajowych. Chyba w myśl zasady – czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Podróżowanie samolotem stałoby się tematem objętym podobnym tabu, co gra u bukmachera.

Zieloni argumentują swoje postulaty koniecznością ograniczania emisji CO2

Lotnictwo (pasażerskie plus cargo) odpowiada za 3,5 proc. emisji gazów cieplarniach. Składa się na to nie tylko emisja CO2, ale również smugi kondensacyjne widoczne w formie długich białych linii, ciągnących się za samolotem, które ogrzewają planetę dwa razy mocniej niż dwutlenek węgla.

Wizja pojawienia się na niebie bezemisyjnych samolotów jest przy tym mrzonką, o czym pisałem w tym miejscu. Przynajmniej jeśli mówimy o horyzoncie czasowym pozwalającym osiągnąć zobowiązania redukcji emisji CO2 najpierw do 2030 r., a później do 2050 r.

W ten sposób pomysł wprowadzenia limitów przebił się do mainstreamu. Kiedyś wydawał się absurdalny jak podatki lotnicze. Te drugie stają się powoli powszechne. Z dozwoloną liczbą podróży per osoba może być tak samo.

Uprzedzając rozmowy, jakie zaczną się o tym prędzej czy później w Polsce, proponuję:

Dwa loty rocznie na jednego Polaka

Na wakacje i z powrotem. Plus ewentualnie pewna pula ekstra dla osób, które nie mogą obyć się bez podróży służbowych.

Dzięki temu limity będą miały charakter egalitarny. Obejmą bogatych i biednych w tym samym stopniu. Jeżeli ktoś nie ma potrzeby podróżowania samolotem, powinien mieć możliwość odsprzedania biletu przez specjalną platformę rezerwacyjną.

Podróżujący, który chce kupić bilet lotniczy, zgłasza zapotrzebowanie, osoby chcące zbyć swoje limity, wrzucają informacje do systemu. Ceny za „kartkę na samolot” są z góry ustalone, żeby zapobiec spekulacji.

Jasne, po drodze na pewno powstanie coś w rodzaju czarnego rynku. Przykład podobnej platformy, którą FIFA uruchamia przed piłkarskimi mistrzostwami świata, pokazuje jednak, że takie rozwiązanie sprawdza się w praktyce i zapobiega masowemu handlowaniu biletami.

A z czasem do ograniczeń przywykniemy. Okres nieskrępowanej wolności w podróżowaniu po świecie był tylko mgnieniem oka w dziejach ludzkości. Masowa turystyka okazała się dla planety zbyt uciążliwa Wbrew temu, co nam się dzisiaj wydaje, nie tracimy normalności, tylko do niej wracamy. Przynajmniej patrząc na turystykę z historycznego punktu widzenia.