Płaca minimalna 4 tys. zł? To tylko przyspieszy automatyzację pracy. Rząd chce łatwego zarobku

Podwyższenie płacy minimalnej w trybie turbo to wcale nie kolejny socjalny „prezent” od rządu, który obciąży budżet. Jest odwrotnie — dla rządu to olbrzymi zastrzyk pieniędzy z podatków i składek ZUS. Trudno przewidzieć, jak ten eksperyment skończy się dla firm, konsumentów i całej gospodarki, ale możemy spodziewać się, że tempo zastępowania pracowników automatami i robotami jeszcze przyspieszy.

Volkswagen wyda 2 mld zł na modernizację fabryki dostawczaków w Poznaniu. Dzięki 450 nowym robotom niemal całkowicie zautomatyzowany zostanie proces budowy karoserii. To pozwoli firmie zwolnić 750 pracowników, którzy już nie będą potrzebni.

Bizblog.pl poleca:

To tylko jeden — choć wyjątkowo spektakularny — z wielu przykładów automatyzacji pracy, która obejmuje coraz więcej segmentów polskiej gospodarki, a lada chwila zawita do transportu publicznego.

Korzystacie już z automatycznych kas w Rossmannie, Decathlonie czy innych sieciach handlowych? A czy w pobliskim oddziale waszego banku też jest nad wyraz pusto i spokojnie, za to jest sporo stanowisk samoobsługowych? Z danych KNF wynika, że w ciągu ostatnich 10 lat liczba pracowników banków poza centralą zmniejszyła się o blisko… 30 tysięcy osób.

Drżyjcie neoluddyści

Zaraz, ale jaki to wszystko ma związek z głośną propozycją podwyższenia płacy minimalnej do 3000 zł już w 2021 roku i aż 4000 zł dwa lata później? Ma, i to bardzo duży.

Oczywiście nie mają racji ci, którzy uważają, że automaty zabiorą ludziom pracę, podobnie jak w głębokim błędzie tkwili luddyści niszczący maszyny „w obronie miejsc pracy” parowe u progu rewolucji przemysłowej. Automatyzacja pracy postępuje w Polsce od kilku lat, a jakoś problem niedoboru pracowników stale się pogłębia.

Jeśli jednak z różnych powodów wizja wszędobylskich automatów zastępujących żywych pracowników was niepokoi, to macie powód do zmartwienia. Jeśli rząd zacznie podnosić płacę minimalną o 500 zł rocznie, bez oglądania się na wskaźniki wzrostu produktywności i tempa wzrostu gospodarczego, wielkie firmy będą zmotywowane jak nigdy, by ciąć koszty zatrudnienia, ile się da.

Podczas sobotniej konwencji Prawa i Sprawiedliwości padły zapowiedzi radykalnego podwyższenia płacy minimalnej, ale nie było słowa o zmniejszeniu klina podatkowego. Musimy więc założyć, że wszystko pozostanie po staremu.

Prawie 2000 zł dla państwa

Co oznacza 4000 zł brutto? Zarówno dla pracownika, jak i dla pracodawcy ta kwota to pewna abstrakcja — dla pierwszego nie jest to zarobek, dla drugiego — koszt.

Dzisiaj przy kwocie 4 tys. zł brutto w ramach umowy o dzieło pracownik dostaje na konto tylko około 2850 zł. Dla pracodawcy jest to koszt ponad 4800 zł. To prawie 2000 zł różnicy — gdzie te pieniądze przepadają, ktoś zapyta. Nie przepadają — trafiają na konto urzędu skarbowego oraz do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.

Dzisiaj płaca minimalna wynosi 2250 zł brutto. Dla pracownika to około 1630 zł przelewu na konto, a dla pracodawcy 2710 zł po stronie kosztów. Różnica — czyli dochód państwa — to nieco ponad 1000 zł.

To pokazuje, kto obok pracownika będzie największym beneficjentem podwyższania płacy minimalnej bez gruntownej reformy obciążeń podatkowo-składkowych.

Nie zawsze zapłaci konsument

Wiadomo też, kto najmocniej oberwie po kieszeni — przedsiębiorcy, którzy radykalny wzrost kosztów działalności gospodarczej będą musieli przerzucić na swoich klientów. Jednak nie wszyscy i nie po równo.

Największe firmy, głównie zagraniczni giganci produkcji, logistyki czy handlu będą mieli możliwość zastąpienia pracowników automatami, ale ich mniejsi konkurenci takiej możliwości — finansowej i technologicznej — nie będą mieli.

Efekt może być taki jak w przypadku ograniczenia handlu w niedzielę. Przepisy, które miały ograniczyć hegemonię wielkich zagranicznych sieci handlowych na polskim rynku, pozwoliły im jeszcze mocniej docisnąć słabszych konkurentów, a jeśli jakieś sklepy upadają, to te najmniejsze, rodzinne.