PiS czy PO – kto tak naprawdę zdradził polski węgiel?

Polski węgiel przestaje gwarantować bezpieczeństwo energetyczne. Korzystają z tego rosyjskie firmy eksportujące coraz więcej surowca do Polski. Temu zjawisku towarzyszy ostra wymiana zdań pomiędzy PiS i PO. Główne formacje polityczne oskarżają się wzajemnie o zdradę interesów narodowych. Kto ma rację?

Kto zdradził polski węgiel?

Przewodniczący Platformy Obywatelskiej, Grzegorz Schetyna, stwierdził podczas kwietniowej konwencji swojego ugrupowania, że wdroży plan, dzięki któremu do 2030 r. nie będzie się używało węgla do ogrzewania polskich domów i mieszkań. 

Reakcja środowisk rządowych była natychmiastowa – polityka ogłoszono de facto zdrajcą, który zamierza zrezygnować z polskiego skarbu narodowego. Odpowiedzialny za górnictwo wiceminister energii, Grzegorz Tobiszowski, stwierdził nawet, że „to stygmatyzowanie węgla, podczas gdy (…) jesteśmy liderem światowym, jeśli chodzi o nowoczesne technologie, nie tylko zarządcze, ale również jeśli chodzi o wydobywanie surowca”. 

Politykom nie ufam z zasady, dlatego postanowiłem samodzielnie przyjrzeć się sporowi Schetyny i Tobiszowskiego. Chodzi tutaj przecież o kluczowe wzywanie, przed jakim stoi Polska, tj. takie przekształcenie sektora energetycznego, by odbiorca miał pewność niezawodnych i atrakcyjnych cenowo dostaw energii. 

Zacznę od słów wiceministra energii. Polski sektor górniczy ma dziś olbrzymie problemy i nie starczyłoby tu miejsca na ich szczegółowe opisanie. Najważniejszy jest jeden współczynnik: w 2018 r. importowaliśmy, głównie z Rosji, prawie 20 mln ton węgla. To jest, proszę państwa, około 1/3 krajowego wydobycia. O jaki rodzaj „liderowania” światowego w wydobyciu surowca chodzi więc Tobiszowskiemu? Nie mam pojęcia – wiem za to, że restrukturyzacja górnictwa się nie udała i gdy ceny węgla mocno spadną, co dzieje się na rynkach cyklicznie, sektor znów znajdzie się pod kreską.

Na dalszą część wypowiedzi Tobiszowskiego należy spuścić zasłonę milczenia. Nawet gdyby założyć (niezgodnie z prawdą), że krajowe górnictwo to globalny lider technologiczny, to trzeba byłoby podkreślić z całą mocą, że węgiel staje się passé na świecie. Mocarstwa już w niego nie inwestują, pieniądze i nowe technologie są gdzie indziej. 

Polska nie wytrwa przy węglu.

Polska nie ma szans na zawracanie kijem Wisły. Nie chodzi tu nawet o to, czy popieramy światowe porozumienie klimatyczne w Paryżu; czy boimy się restrykcji związanych z ograniczaniem emisji gazów cieplarnianych w Unii Europejskiej; a może po prostu utraty konkurencyjności z powodu spadających cen energii produkowanej przez „czyste technologie” rozwijane u naszych sąsiadów? Rząd nawet ignorując powyższe czynniki i wpompowując jakimś cudem kolejne miliardy w górnictwo (tj. balansując na granicy oskarżeń o niedozwoloną pomoc publiczną), nie jest w stanie tchnąć w ten sektor nowego życia. 

Prywatne instytucje finansowe nie skredytują już nowych kopalń i elektrowni węglowych, czego przedsmak obserwujemy przy okazji projektu budowy nowego bloku energetycznego w Ostrołęce. Jednocześnie kolejne lata to gigantyczne wyłączenia elektrowni opalanych węglem, których średni wiek to kilkadziesiąt lat, a trzeba je przecież czymś zastąpić. Na dodatek kończą się również złoża, np. prognozowana luka po węglu brunatnym to 9GW. 

Również obecny rząd mimo wypowiedzi generowanych na potrzeby roku wyborczego, takich jak np. przytoczone słowa Tobiszowskiego, to rozumie. Dowodem na to są analizy Ministerstwa Energii, które – choć oderwane od rzeczywistości – próbują odpowiedzieć na pytanie: co włożyć w miejsce węgla, którego w polskiej energetyce będzie coraz mniej. Sugeruje się tu np. budowę elektrowni atomowej, co w wariancie minimalnym oznaczałoby około 40 mld zł. Teoretycznie to tylko koszt „piątki Kaczyńskiego”, a w praktyce kwota monstrualna i trudna do udźwignięcia.

Pierwsza sensowna próba uporania się z węglem.

W tym kontekście słowa Grzegorza Schetyny należy uznać za pierwszą sensowną próbę uporania się z jednym z najważniejszych problemów cywilizacyjnych, jakie stoją przed Polską. Nie jest to fantastyczna propozycja całkowitego odejścia od węgla, którą ostatnio zwerbalizował Robert Biedroń, wskazując na rok 2035 r. (dla porównania Niemcy chciałby tego dokonać do 2038 r.). Lider Wiosny najwyraźniej nie przemyślał swojej koncepcji, że wspomnę jedynie o trudnościach ze skredytowaniem nakładów na nowe elektrownie w przypadku, gdybyśmy wyłączyli nawet stosunkowo nowe bloki na węgiel (mówimy tu o wymianie większości energetyki!). 

Korzystnie z Biedroniem, a tym bardziej Tobiszowskim, kontrastuje Schetyna, postulujący rezygnację z „czarnego złota” w domach i mieszkaniach do lat 30. (chodzi więc o 16,5 proc. ilości węgla, którego corocznie potrzebujemy). W mojej ocenie to postulat realny. 

Polskie domy wolne od węgla? To realne 

Przewodniczący PO mógłby na fali walki ze smogiem uzyskać społeczne poparcie dla tego pomysłu, a to rzecz najważniejsza dla całego procesu. Obecna strategia rządu PiS walki z zanieczyszczeniami powietrza to w zasadzie farsa. Jej kluczowym elementem są dopłaty do uzyskania nowoczesnych pieców (tzw. V generacji), bo to spalanie słabego jakościowo paliwa w domostwach generuje większość smogu. Tyle tylko, że kotły V generacji są opalane specjalną mieszanką węglową, która jest droga (a więc niewiele osób w Polsce zdecyduje się na takie rozwiązanie), a w dodatku nie jest produkowana w polskich kopalniach w dużej ilości (konieczny będzie więc jej import – najpewniej z Rosji). 

Jeśli PO w swoim programie antysmogowym nie uwzględni pieców na węgiel, a postawi np. na rozwój ciepłownictwa, to do lat 30. faktycznie zanieczyszczenie powietrza w dużych polskich miastach mogłoby spaść. Kluczem do tego jest modernizacja sektora ciepłowniczego, a należy zaznaczyć, że nasze państwo posiada olbrzymie sieci ciepłownicze i to na poziomie niedużych miast. 

Perspektywa skali powiatowej jest tu kluczowa. Rząd PiS w ogóle jej nie dostrzegł i w tzw. Ustawie kogeneracyjnej, która miała pobudzić modernizację ciepłownictwa, w ogóle nie zastanowił się, skąd wziąć pieniądze na jego rozwój. Małych ciepłowni nie stać przecież na odejście od węgla i przestawienie się na gaz w ramach swojej działalności. 

Rozwiązaniem tego problemu byłoby skorygowanie polityki taryfowej w taki sposób, by umożliwić mniejszym elektrociepłowniom generowanie większych zarobków. Oczywiście wiązałoby się to ze zwiększeniem opłat obywateli za ciepło, ale przecież wszystkim nam zależy na czystym powietrzu, a skala kilkudziesięciu złotych rocznie może być akceptowalna przy odpowiedniej polityce informacyjnej. 

Jest jeszcze jedna zaleta takiej strategii – oprócz ciepła, dzięki procesowi skojarzonej jego produkcji z produkcją energii (tzw. kogeneracja), rozwiązalibyśmy częściowo problem: „co w miejsce węgla”?

Piotr Maciążek: publicysta specjalizujący się w tematyce sektora energetycznego. W 2018 r. nominowany do najważniejszych nagród dziennikarskich (Grand Press, Mediatory) za stworzenie fikcyjnego eksperta Piotra Niewiechowicza, który pozyskał wrażliwe informacje o projekcie Baltic Pipe z otoczenia ministra Piotra Naimskiego. Autor książki „Stawka większa niż gaz” (Arbitror 2018 r.), współautor książki Młoda myśl wschodnia (Kolegium Europy Wschodniej 2014 r.). Obecnie pracuje nad kolejnym tytułem – tym razem dotyczącym polskich służb specjalnych.