Trzęsienie ziemi po koszmarnej stracie PGE. Zapomnijmy o elektrowni jądrowej w Polsce

Pandemia koronawirusa to sprzyjający czas na wdrażanie trudnych politycznie decyzji. Czy ktoś w końcu przyzna, że nie będzie w Polsce elektrowni atomowej?

W ubiegłym tygodniu PGE, największa z krajowych grup energetycznych, poinformowała o rekordowej stracie na poziomie prawie 4 mld zł netto. Już kilka dni później koncern wydał komunikat, że będzie „racjonalizował” działalność, podejmując decyzje o zamykaniu projektów niezwiązanych bezpośrednią z podstawową działalnością. To sensowna propozycja świadcząca o powadze sytuacji. Oczywiście pod warunkiem, że zostanie przełożona na konkrety, a z tym może być trudno.

Wokół PGE panuje konsensus polityczny. Przez lata ta gigantyczna i zasobna spółka pełniła funkcję świnki skarbonki dla polityków od prawicy po lewicę. Finansowano z niej najróżniejsze zachcianki, ratując rentowność Stadionu Narodowego, bawiąc się na wynajmowanych przez koncern lożach VIP na Legii, ratując zadłużone kopalnie, a nawet transferowano środki do budżetu Polskiej Fundacji Narodowej.

Bizblog.pl poleca

Czy przy okazji straty rocznej na poziomie 4 mld zł politycy zrozumieją w końcu, że kontynuacja takich praktyk doprowadzi do upadku PGE, stanowiącej aktyw strategiczny z perspektywy bezpieczeństwa energetycznego?

Niestety mam wątpliwości.

Krzyk rozpaczy zarządu PGE

Informacja prasowa o „racjonalizowaniu” działalności największej krajowej grupy energetycznej pojawiła się w wyjątkowym momencie. Górnicza Solidarność wystosowuje coraz dramatyczniejsze apele o ratowanie górnictwa, które traci płynność finansową. Pojawia się coraz więcej plotek o kopalniach, które miałyby zostać zamknięte (Wujek, Pokój) bądź przeniesione do innych spółek (ROW). Tu dochodzimy do sedna sprawy. Przejmującym takie aktywa miałoby być m.in. PGE, co jest bardzo kłopotliwe. Dlaczego?

Bo pomimo pandemii koronawirusa wszystko wskazuje dziś na spadek rentowności instalacji powiązanych z węglem.

W tym kontekście komunikat prasowy największej krajowej grupy energetycznej dotyczący „racjonalizowania” jej działalności wydaje się być rozpaczliwym krzykiem pod adresem polityków, by nie utrudniali jej transformacji. To w pewnym sensie manifest informujący o tym, co należy zrobić, by minimalizować ryzyko powtórzenia dramatycznych wyników finansowych za 2019 r. Można mieć wątpliwości, czy zostanie wysłuchany.

Teoretycznie spółki giełdowe, a taką jest PGE, obowiązuje zbiór ściśle określonych reguł, wśród których najważniejsza jest odpowiedzialność karna za działanie na szkodę akcjonariuszy. W praktyce wygląda to inaczej i ostateczna decyzja zawsze należy do ministra koordynującego własność państwa.

Jak powinna wyglądać racjonalizacja działalności PGE?

Wyzbywając się pesymizmu, spróbuję podać przykład, w jaki sposób można by przekuć komunikat PGE o „racjonalizowaniu” działalności w konkret poprawiający wyniki spółki, a przy okazji wzmacniający bezpieczeństwo energetyczne państwa.

Większość komentatorów ekonomicznych skupionych na analizie bieżących danych zapomina o funkcjonowaniu takich podmiotów jak PGE EJ1. To spółka w ramach grupy kapitałowej PGE, której zadaniem jest budowa pierwszej w Polsce elektrowni atomowej. W latach 2009-2018 jej koszty funkcjonowania wyniosły 447 mln zł. O realnych efektach pracy PGE EJ1 nie zamierzam się rozpisywać. Po prostu ich nie ma.

Dodajmy dramatyzmu do tej opowieści

Wszelkie oficjalne dokumenty, które określają niedaleką przyszłość polskiej energetyki, uwzględniają, że w jakimś stopniu w miejsce wycofywanych mocy węglowych wejdzie atom.

Miraż tego projektu jest pieczołowicie podtrzymywany przez polityków, ponieważ żadna z opcji nie miała odwagi przyznać, że brakuje pomysłu na efektywny model finansowy funkcjonowania siłowni jądrowej.

Pandemia koronawirusa, która wydrenuje z kapitału zarówno państwo, jak i spółki (także zagraniczne, które mogłyby być inwestorami), zadaje moim zdaniem ostateczny cios marzeniom o budowie elektrowni atomowej w Polsce.

Czas na konkluzję

Ogłoszenie likwidacji PGE EJ1 przez PGE realnie wpisywałoby się w zapowiedź „racjonalizowania” działalności grupy, a przy okazji urealniłoby rządową wizję polskiej energetyki przyszłości. Upieczone zostałyby dwie pieczenie na jednym ogniu, a być może nawet trzy, bo w dobie szalejącego koronawirusa Polacy nie mieliby politykom za złe wycofania się z jądrowego projektu, którego realizacja w obecnych realiach jest niemożliwa (decyzja nie wpłynęłaby na sondaże).

Być może zarząd PGE podziela taką wizję? Wydaje mi się, że niedawna wypowiedź prezesa grupy Wojciecha Dąbrowskiego o tym, że „grupa nie udźwignie budowy elektrowni atomowej” jest nieprzypadkowa. Ale czy tego samego zdania są politycy?

Żyjemy w czasach deficytu odpowiedzialności za dobro wspólne. Oby wyjątkowy moment pandemii przywróciły na nowo jej znaczenie.

To chyba przy okazji także dobre słowa, którymi można życzyć Państwu wesołych świąt Wielkiej Nocy!

Piotr Maciążek: publicysta specjalizujący się w tematyce sektora energetycznego. W 2018 r. nominowany do najważniejszych nagród dziennikarskich (Grand Press, Mediatory) za stworzenie fikcyjnego eksperta Piotra Niewiechowicza, który pozyskał wrażliwe informacje o projekcie Baltic Pipe z otoczenia ministra Piotra Naimskiego. Autor książki „Stawka większa niż gaz” (Arbitror 2018 r.), współautor książki Młoda myśl wschodnia (Kolegium Europy Wschodniej 2014 r.). Obecnie pracuje nad kolejnym tytułem – tym razem dotyczącym polskich służb specjalnych.