Polska musi przestać czarować. Czas pokazać, czy obstawiamy zielone, czy zostajemy przy czarnym

Z jednej strony Komisja Europejska zwraca nam uwagę, że z OZE robimy naprawdę mało, a potencjał mamy spory. Z drugiej z Polski do Brukseli przeprowadza się wiceminister energii, który jedną ręką wspierał węgiel, a drugą otwierał drzwi dla OZE. Pytanie, jak będzie wyglądała teraz polska polityka energetyczna pozostaje otwarte.

Swoje trzy grosze do ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego dorzucił też węgiel. Bo może rozmowy o Trybunale Konstytucyjnym kogoś zajmują w Szczecinie, a w Rzeszowie głowią się nad kondycją Krajowej Rady Sądowniczej. Ale na Górnym Śląsku tematem nr jeden jest górnictwo i jego przyszłość.

Nie mogą dziwić dane, wedle których PiS najlepszy wynik wyborczy w województwie śląskim zaliczył w miastach, gdzie fedrowanie i czarne złoto są ciągle na pierwszym miejscu: Jastrzębiu Zdroju, Rudzie Śląskiej i Rybnik. To ostatnie miasto bardzo chciałoby zmienić swoją relację z węglem, a zwłaszcza z produktem jego spalania: dwutlenkiem węgla. Rybniczanie z jednej strony nie chcą u siebie budowy nowej kopalni, a z drugiej celują w zaostrzenie zapisów uchwały antysmogowej na terenie województwa śląskiego.

Żeby był wilk syty i owca cała.

Wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski, który w ramach kampanii wyborczej był widoczny wszędzie, gdzie się tylko dało, oczach wielu mieszkańców województwa śląskiego, to jeden z pierwszych obrońców węgla w Polsce. To przecież wiceminister, a nikt inny pierś wyprężał z dumy do przodu, kiedy gości Szczytu Klimatycznego ONZ w Katowicach witała orkiestra górnicza.

Ale że świat od węgla się odsuwa, rosną ceny emisji CO2, UE kończy z żartami i zaciska ekologicznego pasa – to może warto przynajmniej na chwilę puścić oczko do odnawialnych źródeł energii? Tak pewnie musiał pomyśleć wiceminister Tobiszowski, który podczas kampanii tam, gdzie trzeba bronił węgla i przyrzekał niczym prezydent Duda podczas katowickiego szczytu, że czarne złoto zostanie z nami na zawsze. Ale na innych spotkaniach, im prędzej było daty spotkania wyborcy z urną, Tobiszowski zaczął mówić o OZE jak najlepiej.

Nie ma cienia wątpliwości, że odnawialne źródła energii w Polsce trzeba odpowiednio przedstawić, a cały proces związany z ich wykorzystaniem przyspieszyć. Ale największym wyzwaniem było i ciągle jest połączyć coś z pozoru nie do połączenia. I ten raport pokazuje czarno na białym, że jest to jak najbardziej możliwe. Dlatego jedyną słuszną drogą jest jak najbardziej rozwój OZE, ale wraz z zabezpieczeniem źródeł konwencjonalnych – przekonywał Grzegorz Tobiszowski

Obrońca węgla już w Brukseli. Co dalej?

Ci, którzy będą chcieli sprawdzić, czy wiceministrowi energii Grzegorzowi Tobiszowskiemu jest bliżej do węgla, czy może jednak do OZE – odpowiedzi będą musieli już szukać na brukselskich korytarzach. Bo Tobiszowski zakończył wybory do PE z tarczą i za chwilę stanie się europosłem. 

I jak wcześniej z niewielką dozą ryzyka można było kreślić polską strategię energetyczną, tak teraz przyszłe kierunku naszego rozwoju w tym kontekście stały się zagadką. Owszem, jest Krajowy plan na rzecz energii i klimatu na lata 2021–2030. Ale jego założenia nie idą w parze z polityką realizowaną przez Brukselę. My zakładamy, że jeszcze za 10 lat nasza gospodarka będzie zależna od węgla w ok. 60 proc. Wtedy udział OZE w miksie energetycznym ma wynieść 21 proc. Tymczasem UE proponuje znacznie szybsze tempo. Do 2030 r. Wspólnota chce obniżyć emisję CO2 aż o 45 proc., a w 2050 r. zamierza ogłosić neutralność klimatyczną. Wtedy 80 proc. energii miałoby w Europie pochodzić z OZE.

Komisja Europejska chce z nas wycisnąć jeszcze więcej.

Jeżeli chodzi o OZE, to Polska raczej ostatnio ma więcej powodów do wstydu niż chwały. W 2018 r. udział w produkcji energii elektrycznej z OZE spadł do 12,7 proc. wobec 14,1 proc. rok wcześniej. Tym samym udział OZE był najniższy od 2014 r. 

Komisja Europejska uważa, że właśnie pod względem OZE Polska kompletnie nie wykorzystuje swojego potencjału. Jak podaje serwis Wysokienapiecie.pl, ocena planów energetycznych wszystkich 28 państw członkowskich jest już znana. Polski zakładał, że do 2020 r. nie spełnimy warunku 15 proc. udziału OZE w produkcji energii. 

KE uważa, że ten cel jest jak najbardziej do osiągnięcia. Tylko trzeba przede wszystkim chcieć. Podobnie jest z planami długoletnimi. Polacy szacują, że w 2030 r. udział OZE w naszym miksie energetycznym wyniesie ok. 21 proc. Ale KE w naszym kraju widzi zdecydowanie większy potencjał i wylicza, że mogłoby to być 25 proc. 

Najpierw polityka, potem węgiel i OZE.

Tak naprawdę dzisiaj nie możemy być pewni, czy nowy skład Komisji Europejskiej postanowi kontynuować ekologiczny trop swoich poprzedników. Czeka nas teraz czas politycznego układania się, zawiązywania frakcji i koalicji w Parlamencie Europejskim. Dopiero potem, za kilka miesięcy, będzie można powiedzieć, czy Unia Europejska dalej kroczy w kierunku faktycznej neutralności klimatycznej, czy jednak lista priorytetów – też tych środowiskowych – uległa zmianie. 

Kosztowny transfer energii już na horyzoncie.

A co się stanie jeżeli Polsce aż tak bardzo z OZE nie będzie się chciało i tego limitu 15 proc. za rok nie osiągniemy? Wtedy jedynym wyjściem z sytuacji będzie statyczny transfer OZE z innych państw członkowskich. Ale będzie to rozwiązanie dla naszego kraju wyjątkowo drogie. Najwyższa Izba Kontroli wyliczyła, że koszt takiego transferu to nawet 8 mld zł.

Żeby przed tym uciec – jak zaleca NIK – trzeba dokonać wyraźnych zmian w polskiej polityce energetycznej. Niezbędne jest także ustalanie z co najmniej rocznym wyprzedzeniem aukcji OZE czy wydawanie rozporządzenie o referencyjnych cenach energii. Bez tego może być kiepsko. Przecież w 11 krajach wyznaczone poziomy OZE albo osiągnięto albo nawet przekroczono. Chętnych na sprzedaż zielonej energii z pewnością nie zabraknie. Ale rządzący uważają, że z takiej opcji wcale nie będziemy musieli korzystać.

Polska zakontraktuje wymaganą energię. Temat transferu statystycznego nie był brany pod uwagę – przekonuje minister energii Krzysztof Tchórzewski.