Tak, chcę płacić pięć razy więcej za śmieci i być permanentnie inwigilowana. Lepsze to niż pójść z dymem jak Australia

Tak, marzy mi się, żeby opłaty za wywóz śmieci wzrosły nie dwu-, trzykrotnie, a pięcio- albo nawet sześciokrotnie. Jestem za wprowadzeniem państwa policyjnego, które zamiast stosować nieskuteczną odpowiedzialność zbiorową, będzie każdemu z nas patrzeć na ręce, a właściwie na śmieci. Tacy już jesteśmy, żeby robić, co trzeba, zmienić zachowania społeczne, musimy być chwyceni za twarz i to mocno.

Wszechobecne kamery połączone z systemem rozpoznawania twarzy wychwytują, kiedy ktoś przechodzi przez ulicę na czerwonym świetle i za karę wyświetlają jego wizerunek na wielkim telebimie wraz z nazwiskiem i numerem dowodu osobistego.

Algorytmy analizujące czas gry na konsoli – grasz za dużo, dostajesz punkty karne w tzw. systemie zaufania społecznego. To samo, jeśli kupujesz za dużo alkoholu, niezdrowego jedzenia, wyprowadzasz psa bez smyczy, a nawet, jeśli Twój pies, choć na smyczy, to z kolei za dużo szczeka.

Publikujesz fake newsy w mediach społecznościowych? Punkty karne. Odwiedzasz niepożądane strony w internecie? Punkty karne. Utrzymujesz kontakty, choćby wirtualne, z kimś, kto ma słaby scoring w systemie zaufania społecznego? Punkty karne.

Oczywiście pożądane społecznie zachowania są z kolei nagradzane „dobrymi” punktami. Wysoki wynik w systemie oceny obywatela ułatwia mu zaciągnięcie kredytu na korzystnych warunkach, a nawet przyjęcie na dobrą uczelnię. Słaby wynik czyni z niego obywatela gorszej kategorii (w Polsce powiedzielibyśmy: gorszego sortu), któremu władza może obniżyć jakość połączenia internetowego, odmówić sprzedania biletu na pociąg albo odebrać domowe zwierzę.

Orwell? Nie. To współczesne Chiny, które od 2014 roku pilotażowo wdrażają ten system swoistej inżynierii społecznej. Pilotaż właśnie się kończy. Od 2020 roku system zaufania społecznego ma objąć już niemal cały kraj i ponad miliard jego mieszkańców – pisała niedawno „Rzeczpospolita”.

Przerażające? Owszem. Ale niedawno przyśniło mi się, że taka społeczna inwigilacja została wprowadzona również w Polsce. I to wbrew pozorom był miły sen, bo na szczęście inwigilacja nie dotyczyła dotyczyła całego mojego życia, a jedynie moich śmieci. I od tego czasu coraz częściej myślę, że może tędy droga?

Grożą nam ogromne kary

No właśnie, bo to o śmieciach jest historia. Mamy w Polsce ogromny śmieciowy problem i myli się ten, kto uważa, że chodzi jedynie o drastyczne podwyżki cen. To skutek. Przyczyna jest taka, że produkujemy coraz więcej odpadków, a jednocześnie nie segregujemy ich wystarczająco, żeby poddać część recyklingowi.

Wysypiska śmieci są przepełnione i mnożą się te nielegalne. Niepokojąco rośnie liczba niekontrolowanych pożarów składowisk – tych legalnych i nielegalnych – wypuszczając do atmosfery ogromne ilości trujących substancji. W 2016 r. Państwowa Straż Pożarna odnotowała 117 takich pożarów, w 2018 r. już 243. Przypadek?

Nie wdając się w szczegóły, rozwiązania są w zasadzie dwa i powinny zostać zastosowane jednocześnie, żebyśmy nie utonęli w śmieciach. Musimy generować mniej śmieci, a te, które powstają – segregować. Tylko Polacy jakoś nie garną się ani do jednego, ani do drugiego.

Obecnie w Polsce poziom recyklingu oscyluje wokół 27 proc., a w wielu gminach nie osiąga nawet 20 proc. Tymczasem Unia Europejska wymaga, żeby od 2020 r. odzyskiwać aż 50 proc. odpadów komunalnych. Kto tego nie zrobi, zapłaci astronomiczne kary.

Ale co można zrobić, skoro mieszkańcy nie ulec ani prośbom ani groźbom? Można inwigilować.

No dobrze, może delikatniej: patrzeć im na ręce.

Śmieci wyrzucisz tylko pod nadzorem

Na dość radykalny pomysł wpadła spółdzielnia mieszkaniowa na jednym z osiedli w Białej Podlaskiej. Śmietniki tam zostały zamknięte, wymieniono w nich zamki, by mieszkańcy samodzielnie nie mogli się do nich dostać, a śmieci można wyrzucać tylko przez dwie godziny dziennie – godzinę rano i godzinę po południu. W sobotę śmietnik jest czynny tylko przez 60 minut, a w niedzielę wcale – donosi TVN24.

Dodatkowo wyrzucanie śmieci odbywa się pod nadzorem pracownika administracji spółdzielni. Sprawdza on każdy worek, weryfikując, czy śmieci zostały posegregowane. Jeśli nie, ich właściciel musi to zrobić na miejscu.

Rozwiązanie pt.: człowiek na czatach pod śmietnikiem to wersja analogowa. Ale żyjemy już w XXI wieku i okazuje się, że podobny efekt kontroli można osiągnąć za pomocą technologii. Na przestrzeni ostatnich lat w kilku miastach Polski prowadzone były programy pilotażowe z kodami kreskowymi naklejanymi na worki ze śmieciami.

Pomysł polega na tym, że każdy dostaje zestaw swoich indywidualnych kodów kreskowych, które nakleja na worki z poszczególnymi frakcjami odpadów. Żeby móc wyrzucić worek do pojemnika, najpierw trzeba zeskanować kod, dopiero wtedy pojemnik się otworzy. Jeśli potem w sortowni okaże się, że śmieci wcale nie zostały posegregowane, od razu będzie wiadomo, kto jest winien. Koniec z odpowiedzialnością zbiorową, która i tak jest nieskuteczna.

Takie rozwiązania testowano w Ciechanowie, Rudzie Śląskiej, Płocku i Krośnie. Wiele miast się na tym przejechało, np. Poznań, bo pojawiły się wątpliwości natury prawnej. Przecież śmieci, które można zidentyfikować i przypisać do konkretnego człowieka mogą nieść informacje o jego stanie zdrowia, przyjmowanych lekach, mogą zawierać wiele dokumentów z wrażliwymi danymi. Jak takie informacje chronić? Kto powinien dbać o ich bezpieczeństwo. Czy to nie otwarcie furtki do inwigilacji mieszkańców?

Sprawą w 2015 r. zajęła się nawet Fundacja Panoptykon, która zachęcała, by składać w tej sprawie skargi do Generalnego Inspektora Danych Osobowych.

O ile cenię czujność Fundacji, o tyle tym razem chciałabym, żeby nas trochę poinwigilowano. Mam wrażenie, że to jedyny bat, a właściwie kij, bo jest i marchewka.

Nie chcę, żeby było tanio

Gminy na różne sposoby namawiają mieszkańców, by zmienili nawyki i zaczęli segregować śmieci. Najczęściej jako marchewka pada argument: zaczniecie segregować, to będziecie płacić mniej.

A ja wcale nie chcę płacić mniej! Jeśli znów będzie tanio, to produkcja śmieci znów wzrośnie.

Naprawdę nie zauważamy, że śmieci to towar luksusowy? One już nigdy nie będą tanie. Myślę, że powinny być bardzo drogie, bo tylko argument ekonomiczny zmusi większość z nas do tego, by zacząć myśleć o tym, jak generować ich mniej. A dzięki wyrobieniu lepszych zwyczajów ekologicznych i konsumenckich będziemy mogli płacić dużo zamiast bardzo dużo. 

Oczywiście Panoptykon słusznie widział zagrożenie w tym, że worki ze śmieciami miałyby być oznaczane kodem kreskowym i dodatkowo podpisywane adresem właściciela, a nawet jego nazwiskiem.

I oczywiście nie chcę żyć z kraju, który mnie śledzi i może mi nie sprzedać mi biletu na pociąg za to, że byłam niegrzeczna, bo za długo grałam w tym miesiącu na konsoli.

Ale uważam, że czas na radykalne rozwiązania, bo chyba ciągle do nas nie dociera, że wygrażanie palcem przez ekologów nie dotyczy już bliżej nieokreślonej przyszłości. A najlepszym dowodem jest płonąca właśnie Australia i pół miliarda zwierząt, które właśnie poszły z dymem.